: 09 sty 2008, 16:22
faktycznie, rozpędziłem sie.inż. Glonojad pisze:MeWa, przeciez Rada Miasta nic jeszcze nie wydała, to raz
faktycznie, rozpędziłem sie.inż. Glonojad pisze:MeWa, przeciez Rada Miasta nic jeszcze nie wydała, to raz
Albo zmienić, bo zadres zameldowania powinien przedstawiać stan faktyczny, a nie dawny. Idąc tym tropem, to przez całe życie mogę być zameldowany w jednym miejscu, a kupić sobie mieszkanie gdzie indziej i sobie spokojnie tam żyć... A podatki idą nie tam, gdzie koszystam z komunalki, tylko tam, gdzie jestem zameldowany.MisiekK pisze:Ten przepis jest martwy i czas go znieść.
Nie ma możliwości prawnych kontroli tego stanu.Wolfchen pisze:Albo zmienić, bo zadres zameldowania powinien przedstawiać stan faktyczny, a nie dawny.MisiekK pisze:Ten przepis jest martwy i czas go znieść.
Dokładnie tak. Ale niezameldowanie się pociąga za sobą konieczność jeżdżenia, czasem daleko, żeby załatwić swoje podstawowe sprawy. Dlatego władze powinny zachęcać do przemeldowywania się do miejsca rzeczywistego zamieszkania.Wolfchen pisze:Idąc tym tropem, to przez całe życie mogę być zameldowany w jednym miejscu, a kupić sobie mieszkanie gdzie indziej i sobie spokojnie tam żyć...
Nie, powinno być zameldowanie na podstawie umowy najmu...rhemek pisze:Powinno byc tak: idziesz do urzedu i mowisz: Tutaj mieszkam czasowo, prosze mnie ujac w wykazie mieszkancow Wawy. I po klopocie.
A to wynika z tego, że zameldowanego nie eksmitujesz za niepłacenie.rhemek pisze: Chory , komunistyczny przepis sprawia, że setki tysiecy ludzi faktycznie od lat mieszkajacych w Warszawie nie moze sie tutaj zameldowac...
Powinno byc tak: idziesz do urzedu i mowisz: Tutaj mieszkam czasowo, prosze mnie ujac w wykazie mieszkancow Wawy. I po klopocie. Ale sie nie da...
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,4824469.htmlAlbo podwyżka, albo cięcia w komunikacji
Jarosław Osowski
2008-01-09, ostatnia aktualizacja 2008-01-09 21:38
Ci, którzy nadal chcą mieć najtańszą komunikację w Polsce, nie powinni mieć pretensji, że na ulice wciąż wyjeżdżają zdezelowane ikarusy z lat 80. czy 40-letnie niedogrzane tramwaje. W tym roku nie da się uniknąć podwyżki cen biletów
Ze strachu przed gniewem warszawiaków radni wymigują się od podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej - napisaliśmy wczoraj w "Gazecie". Z większości komentarzy pod naszym tekstem w internecie wynika, że populistyczne argumenty lewicy ("Podwyżka dotknie najbardziej ludzi niewiele zarabiających") i komunały PiS-u ("Najpierw trzeba poprawić jakość oferowanych usług") trafiły do elektoratu.
Za co poprawiać, radni już nie powiedzieli. Niestety, nie zechciała im tego dotąd wytłumaczyć prezydent miasta zajęta tropieniem wydatków swoich poprzedników na bankiety.
Dziś bilety w Warszawie należą do najtańszych w Polsce, nie mówiąc już o porównaniach z innymi stolicami europejskimi. I byłoby tak nawet po zmianie cen, którą zaproponował od kwietnia Zarząd Transportu Miejskiego. Najpopularniejsze bilety miesięczne w stolicy mają zdrożeć z 66 zł do 78 zł. W Łodzi już teraz kosztują 88 zł, w Krakowie - 94 zł, w Gdańsku - 110 zł, a w Szczecinie - 138 zł. Są droższe nawet w mniejszych miastach (Opole - 80 zł, Olsztyn - 105 zł, a Rzeszów - 114 zł). Również z nową ceną biletów jednodniowych (10 zł) Warszawa byłaby w połowie stawki (tu ceny w większości miast wahają się od 9 do 11 zł). Najbardziej drastyczna byłaby u nas podwyżka cen biletów jednorazowych - z 2,4 do 3 zł, choć i w tej kategorii są droższe miasta (Poznań: 3,2 zł). W planach są zresztą bilety za 2 zł na najkrótsze przejazdy do 20 minut.
Decyzja o podwyżce nigdy nie jest łatwa, ale ostatnio Rada Warszawy podejmowała ją na wniosek SLD-owskiego wiceprezydenta w 2001 r. Jeszcze dawniej, w styczniu 2000 r., zdrożały jednorazowe. PiS-owskie władze miasta też chciały potem wyższych cen za bilety, ale nie wystarczyło im determinacji (odwagi?), żeby te zmiany przeforsować w Radzie Warszawy.
Każdy, kto od tamtej pory kupuje np. benzynę, płaci rachunki za prąd czy robi zwykłe zakupy, wie, że w przeciwieństwie do cen biletów inne stopniowo, a czasem skokowo rosły. W tym czasie drożało też utrzymanie komunikacji. Dziś kosztuje ona 1,3 mld zł. Ratusz dotuje ją w ponad 60 procentach. Podwyżka miała przynieść dodatkowe 100 mln zł. Na co potrzeba tych pieniędzy, tłumaczył w "Gazecie" dyrektor ZTM. Przede wszystkim na dłuższe i dodatkowe kursy metra po otwarciu czterech ostatnich stacji, na dodatkowe kursy tramwajów, na 50 nowych minibusów, które wiosną dojadą do osiedli pozbawionych dziś komunikacji, na dalszą integrację kolei z transportem miejskim, a także na nowy tabor.
Można i trzeba oczywiście poprawiać obecny system komunikacji, bo nie wszędzie i nie zawsze działa ona jak należy. Nie da się jednak tego robić w nieskończoność bez dodatkowych pieniędzy. Od czasu ostatnich podwyżek ratusz zaczął płacić za kursowanie Szybkiej Kolei Miejskiej, usprawnił komunikację nocną, otwarto trzy stacje metra. A oszczędności już się, niestety, zaczęły. Coraz więcej linii nawet w centrum kursuje z PKS-ową częstotliwością (co pół godziny!). Na razie głównie w dni wolne od pracy, ale na dłuższą metę nie obędzie się bez następnych cięć w rozkładach jazdy. Może więc radni zastanowią się jednak, czy pasażerów bardziej dotknie podwyżka, czy raczej jej brak.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
może być przecież kilka przyczyn...fraktal pisze:Znów nieco brakuje konsekwencji, bo teraz się twierdzi, że cięcia w kursach wieczornych w weekendy są spowodowane oszczędnościami dokonanymi przez ZTM, a nie brakiem kierowców w MZA... Sugerował to pośrednio szef ZTM-u, twierdząc, że bez podwyżek nastąpią dalsze cięcia kursów w godzinach wieczornych...