osa pisze:Po drugie, choć staram się unikać paternalistycznego tonu, tym razem sugerowałbym więcej namysłu. Zwłaszcza jeśli żyje się na tym świecie dokładnie tyle lat, ile ktoś, komu zwraca się uwagę, wykonuje swój zawód.
W takim razie zastosuj to następnym razem do ministra Radziwiłła. Różnica wieku zdaje się jest podobna.
Natomiast przechodząc do kwestii merytorycznych, nie w kwestii ministra zdrowia leży wprowadzanie przepisów dotyczących zanieczyszczenia emitowanego przez piece, samochody czy ustalanie norm dotyczących paliw. Ponadto to nie Radziwiłł jako minister wprowadził niewymagające normy zdrowotne (od których redukcji przecież smog nie zniknie!), więc to nie on ponosi za nie odpowiedzialność, a przynajmniej nie w większym stopniu niż jakikolwiek inny minister zdrowia.
Co zatem należy zrobić, żeby zlikwidować albo przynajmniej ograniczyć problem smogu (i nie zbankrutować)?
Zasadniczo są dwa aspekty, na które wskazał pewien znajomy wykształcony w tym temacie. Pierwszą z nich jest węgiel. Otóż węgiel ukraiński czy rosyjski jest znacznie bardziej zasiarczony niż węgiel polski czy niemiecki, ponadto jest zanieczyszczony innymi substancjami, w tym niekiedy promieniotwórczymi (sic). Logiczne się więc wydaje zakazanie jego importu, zwłaszcza że to znakomicie wspomoże nasz przemysł górniczy (choć przynajmniej w niektórych rejonach kraju węgiel australijski może być tańszy)
Drugą kwestią jest temperatura spalania węgla. We wciąż dostępnych kotłach starego typu jest ona dwukrotnie za niska, przez co kominami wydostają się niedopalone cząstki, które wywołują smog. Oczywiście można je zamienić na kotły nowego typu, które są jednakowoż bardzo drogie. Pewną ciekawostką jest, że nawet starodawne kuchnie na węgiel miały właściwą temperaturę spalania, a w związku z tym smrodziły mniej niż kotły starego typu. Niestety kotły starego typu są wciąż w sprzedaży, co należałoby również uniemożliwić.
Podobną oczywistością jest też oczywiście egzekwowanie zakazu opalania śmieciami. Natomiast przestrzegałbym w zbytnią wiarę w alternatywne źródła energii. Wiatraki są niewydajne, słońca u nas mało, więc nieszczególnie widzę opłacalność tego typu działań (poza elektrowniami wodnymi). Tak, da się to zrobić na siłę, ale raczej nie stać ogółu Polaków na to, żeby płacić trzykrotnie więcej za prąd i ogrzewanie. Mimo to jest jeden aspekt, na który warto zwrócić uwagę - 60% energii elektrycznej zostaje w procesie transportu do odbiorców przekształcona w ciepło. Wskazuje to zarówno na konieczność modernizacji sieci (poprzez np. skablowanie), ale też budowę mniejszych elektrowni, aby nie transportować prądu przez kilkaset kilometrów (np. dziś elektrownia w Ostrołęce produkuje prąd dla Warszawy). Mogą to być na przykład niewielkie elektrownie wodne, wykorzystujące spadek rzędu jednego albo dwóch metrów, które będą w stanie zasilić jedną gminę wiejską albo niewielkie miasteczko.