Boooring. Sprzeciw wobec robienia z sejmu cyrku nie ma nic wspólnego z 'jedynie słuszną linią'. Nie popieram tez zawartych w apelu tylko dlatego, że mają bardzo słabe podstawy do jakiegokolwiek działania, jednak parlamentarzyści zajmujący się za publiczne pieniądze rozprawianiem, ile diabłów mieści się na główce szpilki budzi mój niesmak. Żadne argumenty w rodzaju 'parlament jest od tego, żeby rozmawiać' nie mogą przekonać mnie, że KAŻDA dyskusja musi mieć możliwość zajmować parlamentarzystom czas - bo czas nie jest z gumy a nie można powiedzieć, że żyjemy w kraju bez realnych problemów.bepe pisze:Może w ogóle ustalmy jedyną słuszną linię, którą podążać powinni wszyscy posłowie? Nie będzie wtedy demagogii i "nieneutralności".
List nie brzmi rozsądnie. Brzmi absurdalnie, zdecydowanie w myśl zasady "popieramy wolność poglądów, pod warunkiem, że to są nasze poglądy".
Tolerancja i mniejszości
Moderator: Szeregowy_Równoległy
Jasne, jednak „bepe” twierdzi, że bawienie się w „zespoły” nie ma nic wspólnego ze stanowieniem prawa. Czy nie wystarczy wymagać od posłów, żeby wykonywali swe obowiązki, a w wolnym czasie moga i kury macać?blinski pisze:jednak parlamentarzyści zajmujący się za publiczne pieniądze rozprawianiem, ile diabłów mieści się na główce szpilki budzi mój niesmak. Żadne argumenty w rodzaju 'parlament jest od tego, żeby rozmawiać' nie mogą przekonać mnie, że KAŻDA dyskusja musi mieć możliwość zajmować parlamentarzystom czas - bo czas nie jest z gumy a nie można powiedzieć, że żyjemy w kraju bez realnych problemów.
Społeczeństwo mamy jakie mamy. Ani ja, ani pewnie Wy Kempy do sejmu nie wwiodłem. A jednak jest tam i jej wyborcy mają swoje problemy i „problemy”, które mogą wynikać np. z niewiedzy, albo nieporozumienia. Niemniej niektórzy chętnie by odpowiedzieli tym masom ludzi „jesteście głupkami” i zakazali im się odzywać. Tak, brzmi to atrakcyjnie.
Prawdziwy problem z gender jest taki, że to pojęcie obrosło koszmarnymi mitami i wygląda na to, że żadna ze stron nie chce tego zmienić.
Teoretycznie (poprawcie mnie jeśli się mylę) gender to nauka o roli płci w kulturze, więc "ideologia gender" powinna dążyć do (zupełnie zrozumiałego, chyba dla większości) promowania normalnej równości płci - tzn. każdy może wykonywać dowolną czynność/pracę kulturowo przypisaną do innej płci, o ile jest to dla niego/niej satysfakcjonujące i robi to równie dobrze lub lepiej niż osoba płci przeciwnej ("normalnej").
Tymczasem w najlepszym wypadku spotykamy "gender" dążące do "równouprawnienia" typu unijnego czyli wprowadzenia preferencji (co, na mój prosty rozum, zupełnie kłóci się z równością), dzięki którym kiepski pomysł starej kobiety ze wsi ma większe szanse na realizację niż niezły pomysł mężczyzny w średnim wieku z dużego miasta.
A w najgorszym "z dziewczynek chcą zrobić chłopców a z chłopców pedałów". I doprowadzić do chorej sytuacji rodem z państw skandynawskich, w której mniejszość może terroryzować większość bo wszystko ich "dyskryminuje" albo "znieważa"
Teoretycznie (poprawcie mnie jeśli się mylę) gender to nauka o roli płci w kulturze, więc "ideologia gender" powinna dążyć do (zupełnie zrozumiałego, chyba dla większości) promowania normalnej równości płci - tzn. każdy może wykonywać dowolną czynność/pracę kulturowo przypisaną do innej płci, o ile jest to dla niego/niej satysfakcjonujące i robi to równie dobrze lub lepiej niż osoba płci przeciwnej ("normalnej").
Tymczasem w najlepszym wypadku spotykamy "gender" dążące do "równouprawnienia" typu unijnego czyli wprowadzenia preferencji (co, na mój prosty rozum, zupełnie kłóci się z równością), dzięki którym kiepski pomysł starej kobiety ze wsi ma większe szanse na realizację niż niezły pomysł mężczyzny w średnim wieku z dużego miasta.
A w najgorszym "z dziewczynek chcą zrobić chłopców a z chłopców pedałów". I doprowadzić do chorej sytuacji rodem z państw skandynawskich, w której mniejszość może terroryzować większość bo wszystko ich "dyskryminuje" albo "znieważa"
Prefesorem - owszem, zgadzam się. Ale księdzem? Czy każdego tytułować po zawodzie, np. urzędnik magister Jan Nowak albo kierowca inżynier Janina Nowak?bepe pisze:Szacunek wymagałby wskazania, że ów Dariusz Oko jest księdzem i profesorem.
S4 | R8 | R90 | RE8 | RE90 || 10 | 11 | 36 || 105 | 136 | 167 | 178 | 184 | 186 | 414 | 523 | N43
Nie, nie brzmi atrakcyjnie, ponieważ nikt nie może arbitralnie stwierdzać, kto jest głupkiem, a kto nie. Sęk w tym, że każdy jest czasami głupi i pieprzy trzy po trzy (inna sprawa, że niektórzy mają do tego szczególny dryg). Chodzi o to, by przestać kłamliwie twierdzić, że każde wypowiedziane słowo jest tyle samo warte co każde inne - nie chodzi o typ wypowiadanych poglądów, tylko poziom i kulturę wypowiedzi oraz sposób prowadzenia i przygotowanie do dyskusji. Oczywiście, w praktyce często wychodzi, że ma to zabarwienie ideologiczne - ponieważ wyznawcy niektórych poglądów nie uważają, że jakiekolwiek przygotowanie, sprawdzanie faktów czy dowodzenie mają rację bytu, a kulturę uważają za domenę słabych. Ale czy mamy się temu podporządkować na zasadzie 'musimy obniżać standardy, ponieważ ustawienie poprzeczki za wysoko będzie dyskryminacją chama'?grzegorz pisze:Niemniej niektórzy chętnie by odpowiedzieli tym masom ludzi „jesteście głupkami” i zakazali im się odzywać. Tak, brzmi to atrakcyjnie.
Jak na razie jeszcze nigdzie nie wyglądało to w ten sposób. Sam mówisz o 'promowaniu normalnej równości płci', ale mierzi cię 'równouprawnienie typu unijnego' czyli robienie coś w tym kierunku. To jak promować? Myślisz, że wystarczy powiedzieć 'ludzie są równi' i git, sprawa załatwiona? Może tak samo załatwmy problem pijanych kierowców? 'Nie prowadź gdy piłeś, bo to nieładnie'?px33 pisze:Teoretycznie (poprawcie mnie jeśli się mylę) gender to nauka o roli płci w kulturze, więc "ideologia gender" powinna dążyć do (zupełnie zrozumiałego, chyba dla większości) promowania normalnej równości płci - tzn. każdy może wykonywać dowolną czynność/pracę kulturowo przypisaną do innej płci, o ile jest to dla niego/niej satysfakcjonujące i robi to równie dobrze lub lepiej niż osoba płci przeciwnej ("normalnej").
Tymczasem w najlepszym wypadku spotykamy "gender" dążące do "równouprawnienia" typu unijnego czyli wprowadzenia preferencji (co, na mój prosty rozum, zupełnie kłóci się z równością), dzięki którym kiepski pomysł starej kobiety ze wsi ma większe szanse na realizację niż niezły pomysł mężczyzny w średnim wieku z dużego miasta.
Ktoś tu mówił o koszmarnych mitach...A w najgorszym "z dziewczynek chcą zrobić chłopców a z chłopców pedałów". I doprowadzić do chorej sytuacji rodem z państw skandynawskich, w której mniejszość może terroryzować większość bo wszystko ich "dyskryminuje" albo "znieważa"
Wprowadzanie nierówności żeby doprowadzić do równouprawnienia to moim zdaniem sprawa raczej dyskusyjna. Bo chyba zgodzisz się, że kobieta ze wsi jest w stanie wymyślić projekt równie dobry jak mężczyzna z miasta/ być bardziej zdolna intelektualnie i w uczciwy sposób dostać się na interesujący kurs/ cokolwiek. W przypadku różnego rodzaju stypendiów i rzeczy uzależnionych od osiągnięć naukowych faktycznie osoby z miast mają prościej, ale płeć znowu nie ma tu nic do rzeczy.Sam mówisz o 'promowaniu normalnej równości płci', ale mierzi cię 'równouprawnienie typu unijnego' czyli robienie coś w tym kierunku. To jak promować? Myślisz, że wystarczy powiedzieć 'ludzie są równi' i git, sprawa załatwiona?
A chyba najskuteczniejszą metodą promocji równości płci są tasiemcowe telenowele. Odbiorcy najpierw posarkają, potem im się opatrzy, zaczną tolerować, a w końcu może zaakceptują, że kobieta pracuje na budowie a jej chłopak w tym czasie zajmuje się dzieckiem.
Bo właśnie taki wizerunek ma "gender" i to nie tylko za sprawą mediów rydzykowo-"niezależnych". I chyba nikt nie stara się tego zmienić. A z tą Skandynawią to chyba jednak nie do końca mit.Ktoś tu mówił o koszmarnych mitach...
To zależy, jaki kształt ta dyskryminacja pozytywna ma. Kwot na jakim poziomie i etapie, pozycjonowania, blokad? Chyba, że mówisz o kwestii etycznej, czyli czy można 'ręcznie' sterować procesami społecznymi. Cóż, zawsze właśnie tak to się odbywało - nigdy nie było czegoś takiego jak 'naturalna' dyskryminacja.px33 pisze:Wprowadzanie nierówności żeby doprowadzić do równouprawnienia to moim zdaniem sprawa raczej dyskusyjna.
Ale co to jest 'uczciwy' sposób? Rzeczywistość, w której ktoś musi wykonywać dużo cięższą robotę i wkładać dużo więcej wysiłku tylko dlatego, że nie ma preferowanych cech płciowych/statusowych/narodowych itp. nie wydaje mi się zbyt uczciwa.Bo chyba zgodzisz się, że kobieta ze wsi jest w stanie wymyślić projekt równie dobry jak mężczyzna z miasta/ być bardziej zdolna intelektualnie i w uczciwy sposób dostać się na interesujący kurs/ cokolwiek. W przypadku różnego rodzaju stypendiów i rzeczy uzależnionych od osiągnięć naukowych faktycznie osoby z miast mają prościej, ale płeć znowu nie ma tu nic do rzeczy.
Sam uważam za propagowanie dobrych wzorców poprzez kulturę masową za dobrą drogę. Ale to nie może być droga jedyna - możemy się w ten sposób pieścić dziesiątki lat, zanim ujrzymy znaczącą poprawę. To głównie prawo tworzy obyczaj, zawsze tak było i nie wygląda na to, żeby coś się miało zmienić.A chyba najskuteczniejszą metodą promocji równości płci są tasiemcowe telenowele. Odbiorcy najpierw posarkają, potem im się opatrzy, zaczną tolerować, a w końcu może zaakceptują, że kobieta pracuje na budowie a jej chłopak w tym czasie zajmuje się dzieckiem.
Kraj, w którym ludzie mówią głośno co im się nie podoba i nie muszą się bać ostracyzmu społecznego (szczególnie, kiedy mowa o zrzucaniu winy na ofiarę) nie wydaje mi się koszmarem. To, że trzeba bardziej uważać na to co się robi i mówi aby innych nie urazić - także. Czy np. uważasz to za potworne, że dziś do głowy by ci nie przyszło obściskiwać koleżanki w pracy i czynić im seksualne aluzje na dzień dobry? Chyba nie, po prostu masz społecznie wyrobioną świadomość, że to żenujące i uwłaczające drugiej osobie. Szwedzi mają po prostu tę świadomość wyrobioną już nieco bardziej niż my, na różnych poziomach. To jest ta polityczna poprawność, od której świat się nie wali, a ludzie mają po prostu do siebie więcej szacunku. Mało kto płacze nad tym, że nie może publicznie opowiedzieć seksistowskiego dowcipu, bo mało kto ma taką potrzebę. A zduszenie tej potrzeby to taka sama 'manipulacja', jak np. zduszenie potrzeby u ludzi plucia naokoło. Czy ktoś dziś płacze za stojącymi 100 lat temu w każdym rogu spluwaczkami?A z tą Skandynawią to chyba jednak nie do końca mit.
Ja rozumiem to dokładnie odwrotnie: wpływu kultury na kształtowanie się "płci społecznej", czyli "gender" (w odróżnieniu od "płci biologicznej", zdeterminowanej z grubsza przez chromosomy XX/XY).Teoretycznie (poprawcie mnie jeśli się mylę) gender to nauka o roli płci w kulturze,
Natomiast już sam ten termin spotyka się z gwałtownym protestem. Bo skoro "płeć" nie musi być "biologiczna", to może można tę ostatnią zmienić i dopasować do tej właściwej? A czekaj, przecież obecnie istnieje ścieżka do zmiany płci (tylko do niektórych to nie dociera)...
Może mieć. Po pierwsze, kobiety i mężczyźni mają inne zdolności intelektualne (kobiety kojarzą, mężczyźni analizują; ile mamy informatyczek?). Po drugie, mogą mieć wpływ stereotypy (profesorem miałby zostać mężczyzna, kobieta kojarzy się z nauczycielką w szkole, najlepiej niższej). Po trzecie, aby wymyślać projekt, trzeba dać się rozwinąć temu intelektowi. Mieć zaplecze doświadczeń, wykształcenia, może wiedzy, w jakie ramy ten projekt włożyć. Zwracam natomiast uwagę, że "dyskryminacja" tutaj nie będzie (albo: niekoniecznie) przebiegać po linii kobieta-mężczyzna, tylko wieś-miasto, biedny-bogaty.Wprowadzanie nierówności żeby doprowadzić do równouprawnienia to moim zdaniem sprawa raczej dyskusyjna. Bo chyba zgodzisz się, że kobieta ze wsi jest w stanie wymyślić projekt równie dobry jak mężczyzna z miasta/ być bardziej zdolna intelektualnie i w uczciwy sposób dostać się na interesujący kurs/ cokolwiek. W przypadku różnego rodzaju stypendiów i rzeczy uzależnionych od osiągnięć naukowych faktycznie osoby z miast mają prościej, ale płeć znowu nie ma tu nic do rzeczy.
Problem z "dyskryminacją pozytywną" jest taki, że nie wiemy, na ile obecne różnice wynikają z niepożądanej(?) dyskryminacji/uprzedzeń, a na ile są wynikiem naturalnych procesów. Np. organizacje feministyczne podnoszą, że kobiety na tych samych stanowiskach zarabiają mniej (o kilka %).
1. Może pracodawcy wolą mężczyzn, bo sami są mężczyznami (męskimi szowinistycznymi świniami)?
2. A może dlatego, że kobieta w każdej chwili może uciec na kosztowny urlop macierzyński?
3. A może dlatego, że kobieta osiągnęła stanowisko później, bo po drodze wychowywała dziecko? Albo wychowuje, i będzie brała wolne na jego chorobę?
4. A może szybciej odejdzie na emeryturę, więc mniej opłaca się w nią inwestować (to akurat eliminujemy)?
5. A może kobieta raz w miesiącu pracuje mniej wydajnie?
6. A może męski szef ma problem z dogadaniem się z kobietami?
itd. itp. Może nawet nie wszystkie te nierówności chcielibyśmy eliminować.
Jestem np. przeciwnikiem parytetów na listach wyborczych. Uważam, że parametry mężczyzn podlegają większemu odchyleniu standardowemu (np. IQ [wiki]). Co oznacza, że w grupach mocno odstających od średniej (in plus, ale także in minus) będzie ich procentowo więcej. Będzie zatem więcej mężczyzn wybitnych (profesorów, polityków, sędziów, członków Mensy) i złych (przestępców, sprawców wypadków drogowych, upośledzonych psychicznie).
Skoro zatem chcielibyśmy, żeby posłami zostawali obywatele wybitni, to łatwiej wybierać spośród mężczyzn.
Czy pełzający zamach stanu zostanie odkręcony?
Sądy są na polityków - a nie dla polityków!
Sądy są na polityków - a nie dla polityków!
Można zmienić fenotyp, a nie płeć. Fakt, że transseksualiści nie posiadają zdolności płodzenia właściwej dla wybranej przez nich płci (w ogóle, a nie tylko chorujący na bezpłodność) o czymś świadczy.KwZ pisze:Ja rozumiem to dokładnie odwrotnie: wpływu kultury na kształtowanie się "płci społecznej", czyli "gender" (w odróżnieniu od "płci biologicznej", zdeterminowanej z grubsza przez chromosomy XX/XY).Teoretycznie (poprawcie mnie jeśli się mylę) gender to nauka o roli płci w kulturze,
Natomiast już sam ten termin spotyka się z gwałtownym protestem. Bo skoro "płeć" nie musi być "biologiczna", to może można tę ostatnią zmienić i dopasować do tej właściwej? A czekaj, przecież obecnie istnieje ścieżka do zmiany płci (tylko do niektórych to nie dociera)...
Niekoniecznie. W polskich przedsiębiorstwach mamy bodaj najwyższy w Europie wskaźnik feminizacji na stanowiskach kierowniczych (bez odgórnie narzuconych parytetów!).1. Może pracodawcy wolą mężczyzn, bo sami są mężczyznami (męskimi szowinistycznymi świniami)?
Pewnie tak. Tylko czy to jest dyskryminacja? Taka nierówność powinna być wyrównywana przez państwo (o ile w ogóle zależy nam na jej wyrównywaniu), bo usuwanie owej "dyskryminacji" za prywatne pieniądze pracodawców kończy się większym bezrobociem wśród kobiet.2. A może dlatego, że kobieta w każdej chwili może uciec na kosztowny urlop macierzyński?
Paradoksalnie ja najczęściej właśnie od kobiet słyszę, że nie cierpią pracy z innymi kobietami.6. A może męski szef ma problem z dogadaniem się z kobietami?
Ja to rozumiem, ty to rozumiesz, a czy walczący z genderyzmem to rozumieją? Wątpię.Można zmienić fenotyp, a nie płeć. Fakt, że transseksualiści nie posiadają zdolności płodzenia właściwej dla wybranej przez nich płci (w ogóle, a nie tylko chorujący na bezpłodność) o czymś świadczy.
Nie nazwałbym tego dyskryminacją, ale prowadzi to do różnicy w płacach, która feministkom wydaje się oznaką dyskryminacji. Żeby było śmieszniej, można z tym walczyć zupełnie inaczej - wysyłać mężczyzn na urlop "tacierzyński".Pewnie tak. Tylko czy to jest dyskryminacja? Taka nierówność powinna być wyrównywana przez państwo (o ile w ogóle zależy nam na jej wyrównywaniu), bo usuwanie owej "dyskryminacji" za prywatne pieniądze pracodawców kończy się większym bezrobociem wśród kobiet.
Ja sobie wyrobiłem podobny stereotyp. Mężczyźni częściej są w stanie nawiązać, utrzymać stosunki "poprawne". Natomiast kobiety są bardziej emocjonalne, a to się kochają, a to nienawidzą. A jak to drugie, to i ciężko współpracować.Paradoksalnie ja najczęściej właśnie od kobiet słyszę, że nie cierpią pracy z innymi kobietami.
Czy pełzający zamach stanu zostanie odkręcony?
Sądy są na polityków - a nie dla polityków!
Sądy są na polityków - a nie dla polityków!
Ależ brzmi, bo znakomicie ułatwia życie. Popatrz jak chętnie wielu dyskutantów stosuje metodę: 1. zalicz przeciwnika do grupy ciemniaków / słoików / wiochmenów, 2. zignoruj jego argumenty, bo „z takimi ludźmi nie warto rozmawiać”. To, że tak nie powinno się robić nie bardzo wpływa na popularność w. w. metody. I to wśród osób pozujących na „oświecone” i „racjonalne” - zbyt często nie czują się one zobowiązane do zachowywania w dyskusji elementarnych standardów.blinski pisze:Nie, nie brzmi atrakcyjnie, ponieważ nikt nie może arbitralnie stwierdzać, kto jest głupkiem, a kto nie.grzegorz pisze:Niemniej niektórzy chętnie by odpowiedzieli tym masom ludzi „jesteście głupkami” i zakazali im się odzywać. Tak, brzmi to atrakcyjnie.
Taaa, co jakiś czas wypływają takie kwiatki, jak ludzie uparcie zaprzeczający np. temu, że w wypadku ciał poruszających się wolno Szczególna Teoria Względności przewiduje to samo, co teoria newtonowska. Mówi się wprost: obliczasz granicę v << c, czyli rozwijasz w szereg i bierzesz wyraz najniższego rządu (I rok studiów, niestety, ale jest o tym nawet na Wikipedii). Ale jak ktoś tego poziomu nie może (czy: nie chce) osiągnąć, a tylko gada brednie... Wtedy masz rację. Nie można udawać, że uparte trwanie w niewiedzy da się pogodzić i wypowiadanie wartościowych sądów.blinski pisze: Sęk w tym, że każdy jest czasami głupi i pieprzy trzy po trzy (inna sprawa, że niektórzy mają do tego szczególny dryg). Chodzi o to, by przestać kłamliwie twierdzić, że każde wypowiedziane słowo jest tyle samo warte co każde inne - nie chodzi o typ wypowiadanych poglądów, tylko poziom i kulturę wypowiedzi oraz sposób prowadzenia i przygotowanie do dyskusji.
Czyli jednak kompromitują się.blinski pisze: Oczywiście, w praktyce często wychodzi, że ma to zabarwienie ideologiczne - ponieważ wyznawcy niektórych poglądów nie uważają, że jakiekolwiek przygotowanie, sprawdzanie faktów czy dowodzenie mają rację bytu, a kulturę uważają za domenę słabych.
Jest szansa, że już się skompromitowali i punktując to zagoni się to-to do narożnika: poddaj się, albo przestrzegaj reguł. A politycy zazwyczaj wiedzą, że bredzą i tylko nadrabiają agresją. Czasem dyskusja jest niemożliwa.blinski pisze: Ale czy mamy się temu podporządkować na zasadzie 'musimy obniżać standardy, ponieważ ustawienie poprzeczki za wysoko będzie dyskryminacją chama'?
A czasem spotyka się cynik-polityk ,chcący sprzedać prymitywne poglądy nie znającym się wyborcom, z drugi politykiem (albo „działaczem”) dążącym do jak najszybszego słownego „zglanowania go”. Wtedy jest to czysta strata czasu (no dobra, obie strony wychodzą na idiotów - niektórzy to lubią).
To akurat bzdura, badania naukowe wykazały, że pod tym względem, brak jest większych różnic między kobietami i mężczyznami.KwZ pisze:Może mieć. Po pierwsze, kobiety i mężczyźni mają inne zdolności intelektualne
Ale nie posiadają też zdolności półodzenia właściwej dla płci biologicznej. Więc nie wiem, czy ta „zdolność płodzenia” może służyć jako wyznacznik przynależności danej osoby do danej płci, gdyż takie postawienie sprawy implikuje, że osoby bez tej zdolności płodzenia to jakaś osobna, trzecia płeć.bepe pisze:Fakt, że transseksualiści nie posiadają zdolności płodzenia właściwej dla wybranej przez nich płci (w ogóle, a nie tylko chorujący na bezpłodność) o czymś świadczy.
Inna sprawa, że płeć tak naprawdę jest tak skomplikowanym aspektem ludzkiej osobowości, że nawet sprowadzanie jej do dychotomii płeć biologiczna ~ płeć kulturowa, jest IMO sporym uproszczeniem.
Tylko dziwi mnie to, że parytetów zwykle domagają się na stanowiskach, gdzie mowa o pierdzeniu w stołek (zarządy spółek, polityka, etc), ale "dziwnym trafem" nie domagają się parytetów tam, gdzie trzeba harować za byle jakie pieniądze (platformy wiertnicze, kopalnie czy nawet dajmy na to pracowników budowlanych)... Jakaś dziwna ta "równość", postulowana/stosowana tylko tam, gdzie wygodnie...blinski pisze:To zależy, jaki kształt ta dyskryminacja pozytywna ma. Kwot na jakim poziomie i etapie, pozycjonowania, blokad? Chyba, że mówisz o kwestii etycznej, czyli czy można 'ręcznie' sterować procesami społecznymi. Cóż, zawsze właśnie tak to się odbywało - nigdy nie było czegoś takiego jak 'naturalna' dyskryminacja.
Zresztą, czy parytety w listach wyborczych to nie jest ograniczanie prawa wyborczego? Może ktoś chce w 100% męski albo kobiecy przydział mandatów z pobudek merytorycznych?
S4 | R8 | R90 | RE8 | RE90 || 10 | 11 | 36 || 105 | 136 | 167 | 178 | 184 | 186 | 414 | 523 | N43
@Vilen, "...gender differences had either no or a very small effect on most of the psychological variables examined." No i tu jest pytanie, czy odchylenie standardowe było w ogóle badane. Być może sprawdzano hipotezę „osiągnięcia w edukacji nie zależą od płci” i nie było powodów, by ją odrzucić? Naturalnym jest, że zawsze najpierw bada się najważniejszą wielkość - średnią, a potem bawi się w analizę odchyleń itd. Cytowany artykuł jest krótki, a opisowy i wcale nie zaprzecza słowom KwZ-a. Jego celem jest (poza wskazaniem jak oczekiwania o mity społeczne zafałszowują obraz) podanie krótkiego komunikatu: „w zasadzie wielkich różnic nie ma”, a nie: wchodzenie w szczegóły.
Nawet jeśli jacyś amerykańscy naukowcy (no, któżby inny) twierdzą, że w zasadzie różnic nie ma, to jeden rzut oka pokazuje, że to nieprawda. Różnice dobrze widać. Nie wiem, co w tym złego, że 90% (strzelam) studentów Wydziału Biologii to dziewczyny. Będą akcje zniechęcania: idźcie baby asfalt wylewać?!
To też, jak tylko Sowieckij Sojuz dostigniot SSzA. Na razie łatwiejsze postulaty.
Nawet jeśli jacyś amerykańscy naukowcy (no, któżby inny) twierdzą, że w zasadzie różnic nie ma, to jeden rzut oka pokazuje, że to nieprawda. Różnice dobrze widać. Nie wiem, co w tym złego, że 90% (strzelam) studentów Wydziału Biologii to dziewczyny. Będą akcje zniechęcania: idźcie baby asfalt wylewać?!
Wolfchen pisze: ale "dziwnym trafem" nie domagają się parytetów tam, gdzie trzeba harować za byle jakie pieniądze
Listy wyborcze są długie... Ogólnie za ręczne ingerencje w procesy naturalne zawsze się płaci. Może tutaj warto, może ni cholery. Na razie pora spytać, czy nasze grono polityczek jest dostatecznie liczne, by bez obciachu można było wypuścić do ludzi niektóre „dary parytetów”.Wolfchen pisze: Zresztą, czy parytety w listach wyborczych to nie jest ograniczanie prawa wyborczego? Może ktoś chce w 100% męski albo kobiecy przydział mandatów z pobudek merytorycznych?
Było.grzegorz pisze:No i tu jest pytanie, czy odchylenie standardowe było w ogóle badane.
KwZ twierdzi, że różnice są. Artykuł twierdzi, że ich nie ma, cytując poważne badania naukowe na ten temat. Więc w jaki sposób nie zaprzecza?Cytowany artykuł jest krótki, a opisowy i wcale nie zaprzecza słowom KwZ-a.
Aha. Bo „rzut oka” ma większą wartość dowodową, niż poważne badania naukowe naukowców specjalizujących się w danej dziedzinie. Proszę cię, nie rozśmieszaj mnie.Nawet jeśli jacyś amerykańscy naukowcy (no, któżby inny) twierdzą, że w zasadzie różnic nie ma, to jeden rzut oka pokazuje, że to nieprawda.
Poza tym „rzut oka” pokazuje co najwyżej wpływ stereotypów i oczekiwań płciowych na wybory dokonywane przez poszczególne osoby, nie jakiekolwiek obiektywne różnice między płciami.