Jarek pisze:To proste. Prorok powie coś i to się spełnia.
Czyli skoro z tygodniowym wyprzedzeniem przyśniły mi się zawalenia wiaduktu na Andersa i mostu na Kobiałce, a do tego przewidziałem śmierć Leppera (na to mam nawet dowody), to jestem wielki prorok?
Otóż nie, bo wtedy proroków byśmy mieli ździebko więcej, a wiara katolicka byłaby jeszcze bliższa wierzeniom scjentologów. Należałoby się zastanowić dlaczego tak nie jest. Ano dlatego, że jest święta i nienaruszalna doktryna, a wszystkie wizje z nią niezgodne są eliminowane w ten czy inny sposób. Dawniej poprzez wyklęcie i bezpośrednią likwidację głoszącego, jak chociaż herezja lucyferiańska, według której Lucyfer nie miałby być taki do końca zły i być tylko częścią większego boskiego planu, co, jak się zastanowić, nie jest wcale takie nie logiczne, jeśli założymy, że Bóg jest wszechwiedny*.
Niemniej samo istnienie rozbieżnych widzeń pozwala mniemać, że wszystkie one są nieprawdziwe. Prędzej wizje zbieżne z doktryną są generowane w mózgach osób, które głęboko wierzą i znają tę wykładnię, ewentualnie u osób niewierzących, które nie czują się w porządku wobec wiary i też bez przerwy o niej myślą (wszyscy ci, co nawrócili się pod wpływem widzenia).
Jarek pisze:bł. Anna Katarzyna Emmerich (1774-1824) miała prorockie wizje, ukazane jej było m.in. stworzenie pierwszych ludzi; pisze o tym tak:
Jarek pisze:Inna prorokini, Maria z Agredy (XVII w.) pisała z kolei tak:
Dziś to byłoby nazwane fantastyką. Polecam pod tym względem książki włoskiego pisarza Valerio Evangelistiego. Ten człowiek w swoich powieściach nurza się z lubością w różnego rodzaju wypaczeniach wiary katolickiej, a poprzez niesamowicie oniryczny charakter swoich utworów zbliża się momentami do stylu z przytoczonych wyżej tekstów. Wniosek z tego taki, że do tworzenia podobnych wywodów wystarczy najwyżej nieco wyobraźni.
* - no właśnie, te nieskończoności i wszechności. Niestety katolicyzm pod tym względem niesamowicie niespójny, w porównaniu chociażby do judaizmu, który jednak też nie jest kryształowy. "Jam jest Alfą i Omegą" stoi w piśmie. Zatem początkiem i końcem. Także czasu i każdego innego wymiaru. Żeby było to możliwe, z matematycznego (sic!) punktu widzenia Bóg musi być istotą n-wymiarową, gdzie n jest nieskończonością, a aby mógł coś stworzyć musi istnieć związek przyczynowo-skutkowy, czyli musi istnieć co najmniej jeden stopień swobody. W pewien sposób wymusza nam to istnienie Boga w przestrzeni n+1-wymiarowej (czyli też nieskończenie wymiarowej). Do czego zmierzam? Ano tylko do tego, że Bóg musiał wiedzieć, wedle tej definicji, że tworząc Lucyfera, Samaela i całą resztę tałatajstwa, dojdzie do jego buntu.
I na zakończenie. Rzekomo Bóg ma być nieskończenie miłosierny, przynajmniej według wiary katolickiej. Tymczasem Bóg będzie miłosierny, ale do czasu. Wszakże w czasach ostatecznych ma dojść do sądu, po którym część dusz zostanie skazana na wieczne męki piekielne. Po prostu nieskończone miłosierdzie.
Dowodzi to tylko jak wszyscy ci rzekomo wielcy prorocy nie rozumieją Boskiej natury. Zresztą jaki mózg trzeba by posiadać, żeby zrozumieć nieskończoność, skoro istnieje się w przestrzeni skończonej? Niestety w tej kwestii wszyscy tak samo błądzimy we mgle, bez względu na to w co wierzymy.