Grożą, że stanie budowa metra
Krzysztof Śmietana2007-05-18, ostatnia aktualizacja 2007-05-17 20:59
Zejściem z placu robót grożą firmy budujące metro na Bielanach, jeśli nie dostaną dodatkowej zapłaty. - Wszystko przez szalejące ceny materiałów i exodus robotników do Irlandii i Wielkiej Brytanii - twierdzą
Budowa stacji metra Słodowiec
Fot. Tomasz Wawer / AG
Niedawno Mostostal Warszawa ostrzegł władze miasta, że przerwie remont Krakowskiego Przedmieścia. Żąda dodatkowego wynagrodzenia, które o 20 proc. przewyższa wartość kontraktu. Teraz ta sama firma wspólnie z przedsiębiorstwami górniczymi, które budują ostatni odcinek metra na Bielanach, domaga się ok. 75 mln zł. Ten 10-procentowy wzrost wydatków, które miałoby ponieść miasto, firmy tłumaczą głównie szalejącymi cenami materiałów.
- Tego nie dało się przewidzieć wcześniej. W ostatnich miesiącach np. cena miedzi czy kabli wzrosła o 100 proc., stali - o 75 proc. a betonu - o ponad 40 proc. - wylicza Henryk Złocki, wiceprezes firmy PRG Metro, która buduje m.in. tunel pod Trasą AK i stację metra Młociny wraz z węzłem przesiadkowym.
Kolejny argument wykonawców to wzrost kosztów pracy. Żeby zatrzymać robotników, którzy masowo wyjeżdżają do Irlandii i Wielkiej Brytanii, muszą im więcej płacić.
Firmy budujące metro twierdzą, że jeśli nie dostaną dodatkowych pieniędzy, w ostateczności zejdą z placu budowy. - Kary za zerwanie kontraktu i tak byłyby niższe od naszych strat - ocenia Henryk Złocki. Jednak w razie przerwania budowy otwarcie metra do Młocin mogłoby się opóźnić o wiele miesięcy. Nie wiadomo bowiem, kiedy i za jaką cenę udałoby się znaleźć nowych wykonawców.
Metro Warszawskie twierdzi, że nie ma podstaw do podwyższenia zapłaty. - To jest tzw. kontrakt krótkoterminowy, w którym nie przewidziano waloryzacji spowodowanej wzrostem cen materiałów - przypomina Grzegorz Żurawski, rzecznik Metra. Zastrzega jednak, że to władze miasta ostatecznie zdecydują, co zrobić z żądaniami firm.
Odpowiedzialny za inwestycje wiceprezydent Jacek Wojciechowicz też nie jest skory do zapłaty. - Zastanowimy się, co z tym zrobić. Wydaje się jednak, że firmy powinny odpowiednio kalkulować swoje ryzyko, a nie przerzucać je na miasto. Z drugiej strony nie wykluczam, że w wyjątkowych sytuacjach takie roszczenia są uzasadnione - zaznacza. Sam nie wierzy w przerwanie robót i zejście firm z placu budowy, bo to popsułoby ich wizerunek. Żądania finansowe wykonawców mają być teraz analizowane w ratuszu. Równocześnie firmy zaczynają już kierować pozwy do sądów cywilnych. Liczą, że w taki sposób uda im się wywalczyć dodatkowe wynagrodzenie. Nie wiadomo jednak, kiedy zapadną wyroki.
Źródło: Gazeta Wyborcza - Stołeczna
