Poc Vocem pisze:To tak jak z psychopatycznymi mordercami. Ja nie jestem psychopatą, ty (chyba) także nie, ale prawo MUSI być przygotowane na to, że taki osobnik wystąpi i musi mieć instrumenty walki z nim.
Oczywiście, ale ty w analogicznej do aborcji sytuacji z psychopatami musiałbyś z góry założyć, że każdy może być psychopatą, więc najlepiej nikogo nie dopuścić do drugiego człowieka i na wszelki wypadek wszystkich obywateli zamknąć w izolatkach. Przerobię więc teraz twoje zdanie o psychopatach, podkładając pod nie aborcję: ' Ja nie zmuszę córki do aborcji po puszczeniu się, ty (chyba) także nie, ale prawo MUSI być przygotowane na to, że taka sytuacja wystąpi i musi mieć instrumenty walki z tym'. O, i już z tym bym się zgodził. Z tym, że ban na aborcję w ogóle to nie jest żaden instrument, tylko zamiecenie sprawy pod dywan.
I to właśnie przeraża mnie najbardziej. Jeśli Ciebie nie, cóż...
Nikogo pogodzonego ze swoim losem oraz niewykazującego się poziomem narcyzmu wyższym niż standardowy nie może to przerażać. To naturalne, że splot wydarzeń mógł doprowadzić do naszego niezaistnienia w wymiarze świadomym, a czy była to wizyta teściowej przeszkadzająca się kochać mamie i tacie w dniu, w którym mielibyśmy się urodzić czy też aborcja, nie ma najmniejszego znaczenia. To, że akurat aborcja budzi w tobie taką grozę, a nie jakiś inny czynnik doprowadzający do twojego nieistnienia, to manipulacja, jakiej od małego jesteśmy poddawani przez kościelny dyskurs. Nie widzisz?
Nie, ale argument na to żeby inżyniera wsadzić na trzy lata do kicia. Więc nie jest tak, że nie ma winnych. A przy aborcji według Ciebie winnych nie ma, bo operacja jest legalna.
Masz bardzo idealistyczne wyobrażenie o rzeczywistości, trochę naiwnie dziecinne, gdzie koniecznie musi być jakieś dobro i zło, które da się wskazać

naprawdę nie przychodzą ci do głowy sytuacje losowe, gdzie pomimo dopełnienia wszelkich formalności dzieje się coś fatalnego w skutkach? A przy aborcji winnych nie ma nawet, kiedy jest nielegalna.
Mówisz, że aborcja pomoże tysiącom rodzin. Zapytam się w takim razie jak? Bo jak na razie to wiadomo tyle, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że matka popadnie w depresję i wyda majątek na leczenie. Średnia to pomoc materialna. Zresztą, jeśli kogoś nie stać na wychowanie dziecka to od tego są przytułki.
Wysokie prawdopodobieństwo? Skąd żeś je wziął? Z przemowy jakiegoś biskupa? żadne poważne badania nie mówią o wysokim prawdopodobieństwie. Podpowiem ci za to, co jest czynnikiem podwyższającym ryzyko depresji matki: opresywny klimat społeczny piętnujący aborcję. To mogłoby być cokolwiek, nawet jedzenie czekolady - jeśli z każdej strony słyszałbyś 'czekolada to zło!', to w końcu, wiedząc jak jest smaczna i lubiąc ją ponad wszystko, płakałbyś i dostawał spazmów gryząc kawałek, a gryzłbyś ją, bo nie czułbyś i tak obiektywnie żadnej szkody, którą sobie robisz. To sprawa czysto subiektywna, nie istnieje coś takiego jak szerzej istniejący 'syndrom poaborcyjny'. Podobny terror moralny istniał kiedyś przecież w kwestii masturbacji: chłopcy i tak zawsze to robili, tylko potem płakali i śnili koszmary o włochatych dłoniach i wypadajacych zębach. A tekst o przytułkach to skrajne chamstwo i brak jakiejkolwiek wrażliwości na los człowieka (podkreślam, człowieka, nie tego, co człowiekiem potencjalnie mogłoby być), czyli niestety kolejna nauka kościoła: martwmy się o niewiniątka (płody), po przejściu okresu niewinności dziecko nie jest już warte zainteresowania, niech zdycha w przytułku.