Bilet czasowy - jak sama nazwa wskazuje - jest X minutowy, a nie X minutowy + X minutowy na dojechanie, bez względu na powód.
Niestety pretensje co do czasówek biorą się z jednej, prozaicznej przyczyny. Pasażer kupuje 20minutowy i liczy, że za 2 zł dojedzie w jakieś miejsce w jakie nie ma realnej szansy w tym czasie dojechać. Jak już się trafi kontrola to "łolaboga, panie, tylko 10 minut!" (co stanowi połowę czasu ważności biletu...).
Kończy się czas? Dokup u kierowcy, skasuj inny bilet - potem dochodź swoich praw w POPie czy na drodze urzędowej. Wyjdź ostentacyjnie z pojazdu, opiernicz faceta który zmienia koło na moście za korek. Wykrzycz swoje racje studentom bawiącym się na juwenaliach. Bądź zły, że spóźnisz się do pracy. Ale nie miej pretensji, że dostajesz kwita po przekroczeniu czasu biletu!
Ile jeszcze czasu upłynie, żeby ludzie zrozumieli, że bilety czasowe obowiązują niezależnie od korków, katastrof, protestów górników etc.? Kanar nie ma żadnej możliwości sprawdzenia, czy coś wydarzyło się na trasie - autobus to nie konfesjonał i nie ma się co zastanawiać, czy pasażera rozgrzeszyć za słuszne czy niesłuszne przekroczenie czasu.
Jeśli ktoś nie rozumie definicji biletu czasowego niech go nie kupuje...
Wybaczcie mój bulwers ale ten temat powraca non stop, tak na wawkomie jak i w mediach i szczerze mówiąc już mnie to irytuje
