Ważna sprawa:Obecnie komunikacja jest finansowana z biletów oraz z budżetu po 50%. Komunikacja publiczna ma u nas około 50-procentowy udział w przewozach wewnątrzmiejskich. Jeśli komunikacja mają wyłącznie finansować korzystający z niej oznacza to wzrost obciążenia dla nich (w domyśle tej biedniejszej warstwy społecznej) o 50%. Nawet jeśli olejemy względy socjalne, taka komunikacja publiczna będzie zbyt droga i niekonkurencyjna względem indywidualnej. Teraz płacę za bilet za 3 miesiące 250 zł. Jeśli założymy, że 250 dokłada miasto, z czego 125 z moich podatków oznacza to, że realnie cena wyniesie 500 zł. Samochodem taniej.
Jak sądzisz, w jakim stopniu w tej chwili bogata warstwa społeczna (przez bogata rozumiem faktycznie bogata, a nie zarabiająca 8-10 tys. jak to co niektórzy sugerują, lecz zarabiający minimum 5-10 krotność tej kwoty w skali miesiąca) utrzymuje zbiorkom?
Odpowiem: szczątkowym, ponieważ gdy jesteś zamożny, nie korzystasz ze zbiorkomu, jak również podatki płacisz tam, gdzie jest to dla Ciebie optymalne (czyli definitywnie unikasz Warszawy gdzie podatki są najwyższe w skali kraju i wykorzystujesz każdą możliwą, nadarzającą się ulgę do jeszcze większej optymalizacji podatków, ewentualnie - o ile Cię stać - optymalizujesz się poza granicą, gdzie masz lepsze warunki PIT).
Zatem bogaci nie tylko, nie utrzymują warszawskiego zbiorkomu, ale praktycznie nie utrzymują warszawskiej infrastruktury w ogóle.
Robią to ludzie nie posiadającej możliwości optymalizacji podatków - przykre ale prawdziwe.
Teraz, wyjaśniwszy to możemy przejść dalej.
Chwila, chwila, chwila. Drogi Panie, tutaj zapomina Pan o jednej rzeczy, nikt nie powiedział, że w wypadku finansowania zbiorkomu, nadal będzie Pan kupował karnecik all incl. zatem opieranie się na takich obliczeniach mija się z sensem.Jeśli komunikacja mają wyłącznie finansować korzystający z niej oznacza to wzrost obciążenia dla nich (w domyśle tej biedniejszej warstwy społecznej) o 50%. Nawet jeśli olejemy względy socjalne, taka komunikacja publiczna będzie zbyt droga i niekonkurencyjna względem indywidualnej. Teraz płacę za bilet za 3 miesiące 250 zł. Jeśli założymy, że 250 dokłada miasto, z czego 125 z moich podatków oznacza to, że realnie cena wyniesie 500 zł. Samochodem taniej.
Jeśli posiadanie samochodu, będzie dla Ciebie opłacalne, nie widzę problemu - są tacy, którym opłaca się codziennie wlec się w korku pod Pruszków - indywidualny wybór, aczkolwiek wątpię by samochód wyszedł Cię taniej niż 165 pln miesięcznie (mi się np. opłaca nawet przy obecnych cenach, ale w moim wypadku godzina oszczędzona na dojeździe to odpowiednio wyższy zarobek).
Jak dla mnie oczywistym byłoby inne działanie. Starałbym się oszczędzać czas i pieniądze, zatem nie jeździć bez celu pół miasta po coś, co mogę kupić 2 przystanki ode mnie 2 pln drożej, nie siedzieć na np. Białołęce, jak Sowiński w okopach Woli, tylko zorganizować mieszkanie możliwie blisko miejsca pracy/szkoły dziecka itp.
Łatwe do rozwiązania.Ponadto system przystankowy posiada dwie wady:
- po pierwsze wymaga ruszania dupy do kasownika 2 razy w ciągu jednego przejazdu. Jeśli twierdzisz, że tak się da, polecam poobserwować wymiany na przystankach w centrum, może gdy zobaczysz jak 100 osób wsiada i dalsze 100 wysiada z wagonu tramwajowego, to zrozumiesz istotę problemu.
Usunąć 50% siedzeń z autobusu, żeby można było spokojnie się "przecisnąć" (resztę zostawić z priorytetem dla inwalidów) i zrobić tylne drzwi dla wysiadających i zaopatrzyć w bramkę (taką jak w większości sklepów). Delikwent wychodzi i karta automatycznie jest odbijana podczas wysiadania.
Rozwiązania są, trzeba tylko je zastosować.
Znów źle patrzysz na sprawę. Koszt uruchomienia autobusu, jest porównywalny, może nawet trochę wyższy w Śródmieściu, gdzie są światła i większy ruch uliczny. Normalnym jest, że na pewnych odcinkach przewoźnik traci, a na innych zyskuje ot wszystko.- po drugie system nie jest wcale bardziej uczciwy względem klienta. Koszt na osobę autobusu w centrum i autobusu na peryferiach jest diametralnie różny, a zatem różne powinny być też stawki.
Pamiętam, jak swojego czasu była awantura medialna o Włoszczową, że ekspres się zatrzymuje, że takie straty... bla bla bla.
Policzono i okazało się, że relacja na tym przystanku nie tylko nie traci, ale wręcz przynosi zysk... podobnie jest z ZTM, gdzieś jest strata, gdzieś jest zysk.
To, czy ludzie będą wybierać metro, czy autobus, zależy od wielu czynników, nie tylko ceny.
Szczerze powiem, że jeśli miałbym dołożyć złotówkę i pojechać metrem, zamiast tłuc się "niezabieralnym" autobusem, bez wątpienia poszedłbym do metra - mój czas jest wart odrobinę więcej niż 1 pln za 15 minut.).Do tego dochodzą jeszcze inne aspekty: kolej, metro, WKD, tramwaje czy linie przyspieszone. Można tu co prawda różnicować wartość 1 przystanku, ale wtedy ludzie będą wybierać rozwiązanie najtańsze (np. na Żoliborz z Mokotowa przez Wisłostradę albo Prymasa, a nie metrem), a nie najbardziej efektywne.
Druga sprawa, to fakt, że Warszawa na przestrzeni 10-15 lat zrobi z sieci SKM kręgosłup transportowy, zatem autobus - a zwłaszcza tramwaj - będą powoli wypierane z użytku.
Generalnie spodziewam się, że z czasem pójdziemy w stronę Tokio, gdzie tramwajów nie ma, autobusy są szczątkowe a większość transportu to SKM.

