Każdą działalność władzy, efektem której jest poprawa jakości życia mieszkańców, można w ten sposób nazwać łapówką. W sumie to na tym powinno polegać: władza robi obywatelom dobrze, więc zadowolony z władzy obywatel wybiera dany skład osobowy na kolejną kadencję.
Kiedyś, gdy w renesansie kupczono funkcjami kościelnymi, mówiono o tym symonia. Budziło to i nadal budzi słuszne oburzenie społeczne.
Dlaczego zatem usprawiedliwiasz to samo w wykonaniu świeckim? Czymś się to różni?
Nie każdą działalność władz można tak nazwać.
Na "robienie dobrze", trzeba mieć pieniądze - a "oczekiwania" z każdą kadencją rosną.
Tak się rodzi bieda i długi.
Bieda, bo najpierw, w imię obietnic ogołocisz klasę średnią, a długi, bo z czasem obciążenia rosną, wraz z postępującym ubożeniem klasy średniej. W efekcie, nie ma skąd "wziąć" pieniędzy, a sama dojona klasa średnia, zamiast konsumować i napędzać gospodarkę/wpływać na wzrost liczby miejsc pracy w usługach (podstawowe miejsce pracy klasy biednej) zaczyna oszczędzać.
Liczba tych, którym trzeba "pomagać" rośnie i system samoczynnie napędza się dalej.
Jednocześnie brakuje "cojones", by przywileje odebrać i w ten sposób odciąć problem u źródła.
Wówczas, jeśli państwo jest silne militarnie, zacznie podbijać sąsiadów, jeśli natomiast słabe, samo zostanie unicestwione/podporządkowane.
W wypadku Polski długi trzeba będzie spłacić, bo do potęg militarnych się nie zaliczamy.
Parafrazując dwa wersy Biblii:
"Wtedy będzie jęk i zgrzytanie zębów", bo "biednemu odbiorą to co jeszcze ma".
To jak w bajce o mrówce i świerszczu, gdzie tu realne "robienie dobrze"?