Georg pisze: ↑04 lis 2020, 18:00
fraktal pisze: ↑04 lis 2020, 17:48
Kiedyś w liceum mniej więcej myślałem tak jak Ty. Aż pewnego dnia poszedłem na uniwersytet i wśród moich kolegów byli też zadeklarowani ateiści. I nie traktowali mnie gorzej (ani lepiej załóżmy) niż ci wierzący. I zacząłem się zastanawiać - ateiści też popełniają dobre uczynki i wierzący również. Z tym, że ci pierwsi nie mają szansy na zbawienie, a ci drudzy - owszem. I jak myślisz, Bóg który ceni bezwzględne dobro - czyje uczynki bardziej doceni. Tych pierwszych, które na żadne zbawienie nie liczą, czy tych drugich, którzy jednak popełniając dobry czyn - mają z tyłu głowy raj. Wniosek końcowy: człowiek nawet wierzący nie może wiedzieć, kogo Bóg wyśle do raju, a kogo na wieczne potępienie, dlatego najlepiej się nad tym nie zastanawiać, a zakładając, że każdy ma wolną wolę i że bliźniego trzeba szanować - po prostu nie wtrącać się w czyjeś wybory z pobudek czysto światopoglądowych.
Bardzo ładnie ująłeś mój pogląd na tą sprawę. Niestety mój nie jest tożsamy z nauką zawartą w Biblii. Tam wyraźnie jest powiedziane, że do nieba pójdą tylko ci, którzy uwierzą w Chrystusa. Czyli wychodzi na to, że niewierzący w Chrystusa do nieba nie pójdą. Nawet jak będą mieli na koncie dużo dobrych rzeczy. Pamiętaj, że to, że ktoś jest katolikiem, nie czyni go z automatu mieszkańcem raju. Dopiero połączenie wiary w Chrystusa i dobrych uczynków oznacza, że być może po śmierci osiągniemy szczęście.
Bo przesłanie Pisma Świętego trzeba umieć zrozumieć. Chrystus przed odejściem powiedział swoim uczniom że ,,jeszcze wiele ma im do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie" (13 werset 16 rozdziału Ewangelii wg. św. Jana). A więc nawet nie wszystko miało zostać zapisane w Piśmie Świętym. Dopiero potem Duch Święty im wszystko uporządkował w głowie, wytłumaczył, co Chrystus miał na myśli. Czy Wy myślicie, że oni Go od samego początku dobrze rozumieli? Chrystus pozostawił swoją naukę w Kościele, który naucza kolejne pokolenia tej samej nauki. A jeszcze raz podkreślam, że autorytetem nie jest tu przypadkowy wierny, jakiś ksiądz, biskup, a nawet papież w swoich prywatnych wypowiedziach. Nauką Kościoła jest to, w co wierzyło się zawsze. Jest niezmienna nauka, ale jest i dyscyplina. Musicie zrozumieć, co się zmienia w Kościele, a co nie.
Kto
może pójść do nieba? Po pierwsze katolicy, po drugie niekatolicy, o ile szczerze pragną, żeby poznać prawdziwy Kościół. I katolik ma szanse na zbawienie i mieszkaniec dzikiego plemienia, który w życiu nie słyszał nic o Chrystusie, ale wypełniał przepisy prawa naturalnego. I prawosławny i protestant i żyd i muzułmanin mogą być zbawieni, jeżeli żyli w niepokonalnej przez siebie nieświadomości, gdzie jest prawdziwy Kościół. Tylko katolicy należą do Ciała Kościoła, a pozostali wymienieni należą do Jego duszy.
Bł. Pius IX napisał: ,,
Wiadomo nam i wam, że ci, co znajdują się w zupełnej nieświadomości co do naszej najświętszej wiary, a przy tym zachowując wiernie naturalne prawo moralne i jego przykazania wyryte niejako w sercach wszystkich przez Boga, zawsze gotowi są Boga słuchać, przy pomocy Bożego światła i dzielnej siły łaski mogą osiągnąć wiekuiste życie. Bóg bowiem, który przegląda i bada najtajniejsze uczucia, myśli i usposobienia wszystkich, nie dopuści, w swej najwyższej dobroci i miłosierdziu, by był skazany na męki wieczne ten, który żadnej dobrowolnej winy nie ma na sumieniu."
fraktal pisze: ↑04 lis 2020, 17:48
Georg pisze: ↑04 lis 2020, 9:42
Ja tutaj nie dopatrzyłem się jadu i nienawiści. Po prostu mówi zgodnie ze swoimi katolickimi przekonaniami. Tak w największym skrócie: podstawą katolicyzmu jest kochaj drugiego tak jak siebie. Jeśli urluch sam chce iść do nieba, to chce, żeby wszyscy inni też poszli do nieba. A warunkiem wiecznego raju jest jak najwięcej dobrych uczynków, a unikanie złych nazywanych po kościelnemu grzechami. Czyli chce nie dopuścić, żeby fik popełnił grzechy pragnąc dla Niego życia wiecznego w raju.
Chociaż nie ze wszystkim się zgadzam, mimo iż też jestem katolikiem, to urluch zasługuje na szacunek za odwagę w wyznawaniu swoich poglądów.
Kiedyś w liceum mniej więcej myślałem tak jak Ty. Aż pewnego dnia poszedłem na uniwersytet i wśród moich kolegów byli też zadeklarowani ateiści. I nie traktowali mnie gorzej (ani lepiej załóżmy) niż ci wierzący. I zacząłem się zastanawiać - ateiści też popełniają dobre uczynki i wierzący również.
Z tym, że ci pierwsi nie mają szansy na zbawienie, a ci drudzy - owszem. I jak myślisz, Bóg który ceni bezwzględne dobro - czyje uczynki bardziej doceni. Tych pierwszych, które na żadne zbawienie nie liczą, czy tych drugich, którzy jednak popełniając dobry czyn - mają z tyłu głowy raj. Wniosek końcowy: człowiek nawet wierzący nie może wiedzieć, kogo Bóg wyśle do raju, a kogo na wieczne potępienie, dlatego najlepiej się nad tym nie zastanawiać, a zakładając, że każdy ma wolną wolę i że bliźniego trzeba szanować - po prostu nie wtrącać się w czyjeś wybory z pobudek tylko czysto światopoglądowych. Bo i tak o tym, kto ma rację, możemy się przekonać dopiero po śmierci.
Aczkolwiek zaznaczam od razu, że temat łatwy do dyskusji nie jest i powoduje wiele zadrażnień, a kto nam tę dyskusję zafundował - TK i obecnie rządzący krajem politycy.
Z ateizmem jest ten problem, że Pan Bóg zapisał w każdym człowieku przeświadczenie o swoim istnieniu. Ludzie rodzą się w różnych religiach, ale ich dusza powinna chcieć Boga, choć nawet nie są świadomi, że chodzi o tego prawdziwego Boga.
KwZ pisze: ↑04 lis 2020, 18:41
I jeszcze łaska Boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna.
Oczywiście można postulować, że dzieci urodzone powinny iść do rodzin zastępczych zamiast sierocińców czy okna życia, ale te rodziny trzeba wesprzeć (a i Kościół wyciągnie rękę po pieniądze na nie, nie bójcie się) - i właśnie w tym jest problem, bo wsparcie państwa jest baardzo marne i nie zanosi się, żeby to miało się zmienić.
Ale po co Kościołowi pieniądze na rodziny zastępcze, jeżeli nie może ich prowadzić? Najwyżej katolicy mogą się zrzucać na wsparcie finansowe takich rodzin. Kościół należy wspierać finansowo, ale nie w związku z rodzinami zastępczymi. Kiedyś katolickie szkoły były wiele tańsze, niż obecnie, bo było więcej powołań.