Strona 42 z 64

: 22 sty 2008, 18:53
autor: Kleszczu
MeWa pisze:
R-11 Kleszczowa pisze: Szczerze wątpię.
większa presja społeczna + większa kompromitacja w przypadku nie zdązenia :D
Ale to nawet nie o to chodzi. My szeregu dróg nie zdążymy zbudować na Euro bo ich planowanie jest na poziomie narysowanej kreski łączącej miasto A z B na mapce na stronie gdaczki.

: 27 sty 2008, 21:05
autor: Siecool
Dlugi i soczysty zjazd po wszystkich odpowiedzialnych za budowę autostrad w Polsce. Z czwartkowej Rzepy.
Rzeczpospolita pisze:Autozdrady, czyli pełzanie urzędników
RZECZPOSPOLITA Data: 24.01.2008

To administracja państwowa i samorządowa odpowiada za brak autostrad. Lub że powstają tak, jakby odpowiedzialni za nie ministrowie byli pijani - pisze znany architekt i publicysta. Sprawa autostrad to kwintesencja funkcjonowania państwa w podległej mu sferze gospodarczej. Administracja z natury rzeczy powinna kierować procesem budowy infrastruktury kraju.

Tymczasem potyka się o własne sznurowadła. Błędne idee i błędne praktyki stworzyły przedziwny węzeł. Władze różnych szczebli same ze sobą nie umieją się porozumieć. Ci, którzy naprawdę decydują, to: premier, minister infrastruktury i szef Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Kolejny rząd nie potrafi zdiagnozować przyczyn inercji w tej dziedzinie. Dane mi było rozmawiać o węźle warszawskim - drogowym oczywiście - z pięcioma ministrami infrastruktury. Zacząłem od Tadeusza Syryjczyka, a skończyłem na Jerzym Polaczku. Dlatego teraz mówię: basta! Niech władze konfrontują się z moim punktem widzenia publicznie. Nie będę uszczęśliwiać na siłę urzędników. Świetnie się czują w tej schizofrenicznej atmosferze.

Tysiące sitw

Wyboistym by-passem kolejnej niezmodernizowanej krajówki docierają spóźnieni za swoje biurka i patrzą z melancholią na projekty dróg. Mają dość pieniędzy, ale nie rozumu. Wyłącznie administracja państwowa i samorządowa odpowiada za to, że autostrad nie ma. Lub że powstają tak, jakby odpowiedzialni za nie ministrowie byli pijani.

Nie po to mamy demokratycznie wybrany rząd i samorządy, żeby się żaliły, jak ciężko im się dogadać. Gdy szkoła nie przyjmuje uczniów pierwszego września, bo opóźnił się remont - są winni. Gdy górnicy w kopalni strajkują, a trzeba ją zamknąć - znajduje się kompromisowe rozwiązanie. Gdy szpital nie przyjmuje pacjentów z powodu protestu lekarzy lub pielęgniarek - podnosi się krzyk na cały kraj. W każdym z tych przypadków kryzys odsłania konflikt interesów i jeśli nie ma prostego rozwiązania, to z braku pieniędzy.

W programie autostrad jest cel, są decydenci i mają pieniądze. Nie rozwiązuje się konfliktów, bo władza nie poczuwa się do odpowiedzialności za wykonanie zadania. Szkoła ma uczyć, kopalnia - wydobywać węgiel, szpital - leczyć. Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad od dekady wystarcza jako racja istnienia, że stara się coś niecoś zbudować, choć wciąż jej to nie wychodzi. Nie mityczny układ o tym decyduje, lecz tysiące sitw. Tworzy je sam aparat administracyjny. Odkąd pojawiły się fundusze unijne, urzędnicy biorą pieniądze za to, że nie umieją sensownie wydać pieniędzy.

Zdrada goni zdradę

To nie autozdrada interesu publicznego, ale wiele autozdrad: A1, A2, A4 itd. Na urzędnikach się nie kończy. Mechanizm zdrady klerków - inżynierów, prawników, planistów i urbanistów - jest podobny. Sekty ekspertów okopujących się w granicach swoich kompetencji zawodowych. Traktują założenia i dane dostarczane im przez pozostałych jako dogmaty niepodlegające dyskusji. I tak specjaliści od komunikacji drogowej, modelowania potoków ruchu i prognoz są niewolnikami planistów przestrzennych. Urbaniści i planiści jako sekta zaklinaczy rzeczywistości straszą prawników i komunikantów. Prawo miejscowe można zmienić wyłącznie w drodze długotrwałych procedur uzgodnieniowych. Więc niech już lepiej ta gruba kreska zostanie na mapie, gdzie była. Prawnicy z kolei dzielą się - jak wszyscy lekarze tej chorej rzeczywistości - na dwie różne grupy. Tych, którzy żyją z trafnych diagnoz i aplikują skuteczną terapię, oraz tych znacznie liczniejszych, którym częste wizyty pacjentów gwarantują miesięczne fakturowanie. Cóż, leczenie bez diagnozy stanowi zawodowe optimum każdej grupy ekspertów.

Marazm i prowizorka

Już parę lat temu gospodarowanie przestrzenią na inwestycje publiczne (w szczególności liniowe, jak drogi, autostrady czy sieci przesyłu energii) uzyskało priorytet. A jednak zawsze brakuje jakiejś śrubki, aby mechanizm planistyczny zadziałał. Grupa paruset osób uprawnionych do profesjonalnego planowania przestrzennego (wiem, co mówię, bo sam dysponuję tym patentem) wie świetnie, że czym innym jest planowanie dla planowania, czym innym zaś wynegocjowanie planowanego rozwiązania.

A szczególnie - doprowadzenie osiągniętego kompromisu do fazy realizacji. Mętność języka planistów i ich nieustanne wymachiwanie zapisami prawa lokalnego zawartego w planie powoduje, że prawnicy biorą płynne dezyderaty zawarte we flamasterplanach za rzeczywistość. Pseudouproszczenia procedur lokalizacyjnych prowadzą najczęściej tylko do przenoszenia rozstrzygania konfliktów z etapu planowania na etap realizacji inwestycji. Tolerancja dla nieodpowiedzialności w imię świętego spokoju decyduje o pokojowym współistnieniu tych dwu kast. Wolą zmieniać prawa niż rzeczywistość. Jeśli większość gmin nie ma planów, to dlatego, że urzędnicy i politycy wolą miękką prowizorkę niż decyzję, za którą trzeba tym bardziej odpowiadać, im bardziej zbliża się termin jej realizacji. Zdrada demokratycznie wybranych władz wynika z czystego tchórzostwa.

Zamiast wynegocjować decyzję i bronić jej wobec lobbies, politycy chowają się za skłócone społeczeństwo. A przecież ani przebiegu dróg, ani ulic mieszkańcy nie mogą wynegocjować ze sobą - po to wybrali swoje władze. Mówiąc językiem "Rejsu", w takich okolicznościach przyrody bardziej szukamy zagubionych autostrad, niż je budujemy. Punktem zerowym, od którego warto zacząć szukanie przyczyn permanentnego marazmu w kwestii autostrad, jest zatem procesowanie. By użyć ulubionego słowa naszych biurokratów - w kwestii samej ich koncepcji. Jak mają biec przez kraj, jak komunikować polskie miasta - duże i średnie. Czy obecna koncepcja sieci autostrad rozwiązuje dylemat: tranzyt międzynarodowy versus tranzyt krajowy?

Grupy interesów górą

Unię Europejską interesuje przede wszystkim, aby Polska udrożniła międzynarodowy transport przez swoje terytorium. Tyle że ten tranzyt stanowi od pięciu do dziesięciu procent potoków ruchu na przyszłych autostradach. Europie wystarczy, żeby można było przejechać Polskę ze wschodu na zachód i z północy na południe. Dla nas z kolei ważniejsze są dobre połączenia naszych metropolii oraz dużych i średnich miast. Transport drogowy między nimi generuje ponad 90 proc. potoków ruchu. Mogłyby je przejąć szybsze i bezpieczniejsze drogi ekspresowe i autostrady.

Otóż korytarze komunikacyjne, które narzuca nam TEN (Trans European Network), nie precyzują szczegółów. To my sami musimy rozstrzygnąć kwestię, jak wpisać się w sieć europejskich szybkich połączeń transportowych - czy w korytarzu prowadzić autostradę, drogę ekspresową czy także linię kolei wielkich prędkości - i której z tych inwestycji dać pierwszeństwo. I to do nas należy decyzja, czy ten cel osiągniemy, głównie modernizując trasy już istniejące, które zbierają gros potoków ruchu krajowego, czy też skupimy się - jak to zrobiono przed laty - na wytyczeniu autostrad po zupełnie nowych trasach. Budując nieomal od zera system z założenia płatnych autostrad, pominęliśmy istotny problem.

Skoro w obecnej koncepcji autostrad alternatywnymi - bezpłatnymi drogami pozostaną dzisiejsze najkrótsze i najlepsze połączenia (np. Warszawa - Gdańsk czy Kraków - Warszawa), wątpliwe jest, czy autostrada łącząca stolicę poprzez Łódź z Gdańskiem i Krakowem Spłaci się w założonym tempie. Twierdzę, że przyjęta koncepcja jest najlepsza dla różnych grup interesu, ale nie dla podatnika, kraju, budżetu.

Koszmarki samorządowców

Pierwszą grupę interesu stanowią samorządowcy, którzy lokalizują przy istniejących drogach nowe inwestycje – legalnie lub nielegalnie włączając je do ruchu. Mnożą tym samym na drogach, które mogłyby być w przyszłości przekształcone w autostrady lub trasy ekspresowe, sygnalizację świetlną lub zwężają je przez zgody na tymczasowe lokalizacje.

Jeżdżąc naszymi głównymi trasami - katowicką, gdańską, poznańską itd. - można gołym okiem się przekonać, że lobby samorządowców wciąż gdzieś komuś ustępuje, organizuje niejako grupy silnych oponentów przyszłych modernizacji istniejących dróg. Nie ogranicza się to zjawisko do podmiejskiego koszmaru, który zafundowali nam kolejni burmistrzowie podwarszawskiego Raszyna, zezwalając dziesiątkom inwestorów na zawężenie odwiecznej trasy wylotowej na Kraków i Katowice.

Notabene dziś można i trzeba rozwiązać ten problem po amerykańsku. Puścić trasę wylotową na estakadzie, która wzniesie się w górę przy zabytkowym kościele w Raszynie, a wyląduje na poziomie ziemi przy zlokalizowanym przy lotnisku węźle z kolejną warszawską obwodnicą. Skoro gmina zamieniła swój obszar w śmietnik, niech ten chaos przedmieść pozostanie poza zasięgiem wzroku, ograniczony ścianami akustycznymi.

Planiści barbarzyńscy

Drugim lobby są planiści przestrzenni i inżynierowie komunikanci, którzy w gwarze zawodowej dzielą się na miejskich i wiejskich. Miejscy przyzwyczajeni są do oszczędnego rozliczania pasów ruchu i godzenia parametrów technicznych drogi z uwarunkowaniami przestrzennymi terenów zurbanizowanych. Ci są w mniejszości. Dlatego latami oglądamy rany w tkance miejskiej. Ktoś rozerwał ją nową trasą, jakby prowadziła przez pole. Komunikantowi wiejskiemu wystarczy, że oklei przecięty buldożerami krajobraz miejski za pomocą gigantycznych billboardów.

Planiści barbarzyńcy nie zwykli analizować sytuacji w terenie z taśmą metryczną w ręku. Wolą pracować w cieple, na mapach, nienarażeni na zimno, deszcz czy śnieg. Nieustannie mieszają ze sobą nowe marzenia z dawnymi. Kiedyś uchwalone plany zagospodarowania przestrzennego, choćby już nie miały nic wspólnego z faktycznym zainwestowaniem terenu, są dla nich jedyną rzeczywistością. Raz więc zdewastowane i zdekapitalizowane rudery traktują jako problem urbanistyczny, skoro w ich planach są terenami istniejącego budownictwa mieszkaniowego.

Kiedy indziej - jako święte granice własności nowego inwestora, który dostał lokalizację prawem silniejszego. Nie interesuje ich, gdzie własność ta dotyczy budynków, gdzie baraków, a gdzie oznacza po prostu konieczność wykupu pasa niezabudowanego terenu. W ten sposób interes publiczny przegrywa z prywatnym, szczególnie, że od 18 lat nie zastąpiliśmy formuły wywłaszczenia za odszkodowaniem (już ciszej dodaje się - po cenie rynkowej) formułą zachodnią: przymusowego wykupu. Ta pierwsza jest znowelizowaną wersją komunistycznych wywłaszczeń bezkarnie krzywdzących obywateli. Druga funkcjonuje w całym cywilizowanym świecie. Poprzez przymusowy wykup kształtuje się racjonalne granice przestrzeni publicznej.

Ulice, place, węzły i towarzysząca im infrastruktura muszą być też własnością publiczną. Procedura przymusowego wykupu mówi, że jedna strona (gmina lub państwo) musi kupić, jeśli chce decydować o owym terenie, a druga musi sprzedać. Polak, który słyszy, że go wywłaszczą, nie czeka już nawet na dopowiedzenie o rynkowej wartości odszkodowania, tylko protestuje. Staje się tym samym ulubieńcem różnych "spraw dla reportera".

Budowanie w szczerym polu

Trzecią grupę lobbystów oporu stanowią konsorcja inwestujące w drogi i autostrady oraz wykonawcy, którzy mają je budować. Naturalnie są oni zainteresowani przede wszystkim prostą robotą "z kilometra" najlepiej w szczerym polu. To robota organizacyjnie i technicznie prostsza, niż dłubanie w terenie zainwestowanym, przekładanie instalacji czy reorganizacja ruchu w trakcie budowy.

Rozwiązania modernizacyjne są nie tylko bardziej funkcjonalne. Per saldo są szybsze w realizacji i tańsze dla gospodarki, rokując pewniejszy zwrot kosztów. Budując system autostrad i dróg ekspresowych z maksymalnym wykorzystaniem istniejących tras, załatwiamy jednocześnie problemy wąskich gardeł i omijamy czasochłonne wykupy. Pas drogowy w liniach rozgraniczających jest przecież znacznie szerszy niż dzisiejsza droga - jest więc to możliwe.

Gdyby lobby wykonawców stało przed twardą alternatywą: albo już dziś realizujecie rozwiązania trudniejsze, bardziej skomplikowane organizacyjnie, za co dodatkowo wam zapłacimy, albo stoicie i nie macie roboty. Ale tak nie jest. Od czasów komuny trwało psucie rynku przez dyktat wykonawców, którzy rozgrzebywali połowę Polski bez liczenia się z innymi użytkownikami przestrzeni (najważniejsze, jak wiadomo, zaawansować robotę! Choćby przez wycinkę drzew).

Tymczasem każde inżynierskie przedsięwzięcie ma swoje granice opłacalności i wykonalności. Gdy wiemy już, jak ugnieciono ciasto obowiązującej koncepcji budowy autostrad, zaczynamy rozumieć, dlaczego zamiast autostrad wyszedł zakalec. Znam kontrargumenty: jeśli autostrady mają być płatne, to musimy zapewnić alternatywną drogę bezpłatną. Zgoda.

Ale może to być odrębna jezdnia lokalna biegnąca wzdłuż autostrady lub mniej komfortowe połączenie - byle w ogóle było. Z doświadczeń budowy płatnych autostrad na Węgrzech wiadomo, że nie da się automatycznie przenieść potoków ruchu z istniejących najkrótszych połączeń między głównymi miastami, tak aby ruch na wytrasowanych od nowa płatnych autostradach był opłacalny. Wąska interpretacja zobowiązań europejskich - udrożnienia Polski - okazuje się najwygodniejsza dla partykularnego myślenia o naszym 38-milionowym zaścianku.

Z biurka na biurko

Zatytułowałem ten tekst "Autozdrady". Jest bowiem zdradą powołania polityków niewywiązywanie się przez nich z najbardziej podstawowego zakresu funkcji publicznej - regulowania życia gospodarczego, rozwijania infrastruktury technicznej kraju, gdy problemem nie są pieniądze ani materiały, ani sprzęt, ani ludzie. Przeszkodą jest ukierunkowanie pieniędzy, materiałów, sprzętu i ludzi przez słowo: procedury. Z sadystycznym uśmiechem powtarzają je urzędnicy wszystkich szczebli.

Miło nie robić nic

Słowo "procedury" oznacza u nas bezduszne, pozbawione jakiegokolwiek rozumienia celu końcowego przekładanie papierów z biurka na biurko. Nie według praw, ustaw, rozporządzeń, lecz według przeniesionych z czasów PRL zwyczajów: za bezczynność nikt nie pójdzie siedzieć, póki trup nie ściele się gęsto. (Na drogach ma to akurat miejsce, ale w sposób rozproszony i na ryzyko samych kierowców).

Dla amerykańskiego czy polskiego pilota słowo "procedury" oznacza sprawdzone w praktyce kolejne kroki gwarantujące bezpieczne osiągnięcie celu: przy starcie, w trakcie lotu i przy lądowaniu. Polski urzędnik nie lata ani nie jedzie. On pełznie po ziemi i lubi zmuszać innych do czołgania. Zatem używa słowa "procedury" w znaczeniu odwrotnym, niż posiada ono w obcych językach. Jest ono synonimem zalegalizowanej niemożności. Zdradą zdrowego rozsądku w programie budowy autostrad jest to, że politykom i ekspertom płaci się za rozważanie problemów, a nie za ich rozwiązywanie.

Drogi mają powstawać tu i teraz, a nie na święty nigdy, Euro 2012 itp. okazje. Nie ma co szukać przyczyn bezsiły poza aparatem administracji. Z punktu widzenia obywateli - płatników podatku (nie tylko drogowego) oraz ofiar (nie mówiąc już o stratach czasu i nerwów) - trudno współczuć władzy, która nie umie rządzić swoimi własnymi pracownikami i współpracownikami i nie ma minimalnych zdolności koncyliacyjnych. Minister, który piętrzy trudności, gdyż ma defekt charakteru, niech poda się do dymisji. Kropka.

Spis niemożności

Przeszkody, na które napotyka w Polsce budowa autostrad, są znane. Nie jesteśmy pierwszym, ale wręcz przeciwnie - jednym z ostatnich krajów europejskich, które włącza się w system międzynarodowych korytarzy transportowych. Nasze szczęście, że sprawa stała się w końcu ponadnarodowa, Gdyby nie to, tkwilibyśmy w polskim kotle organizacyjnym po wsze czasy. Przybywałoby tylko uprawnień oficjeli do przebijania się przez korki na sygnale, ale na pewno nie nowoczesnych dróg.

Po dokonaniu powyższej lustracji niemożności wiemy już, na czym polega jej istota. Ci, którzy powinni się porozumieć, nie chcą nawet ze sobą porozmawiać. Lekceważy się cele możliwe do zrealizowania i pozwalające kontrolować skuteczność kadencyjnych władz, na przykład zmodernizowanie całej trasy katowickiej przez budowę tych obwodnic, których nie zbudowano za Gierka (np. częstochowskiej), oraz zbudowanie estakad lub tuneli dla ruchu, który ma pierwszeństwo. Skoro kiedyś powstanie ta najlepsza autostrada północ - południe, to po co martwić się pogorszeniem parametrów ruchu na jedynej drodze wciąż nieźle komunikującej północ z południem kraju?

Droga z dwóch krańców

Mój profesor konstrukcji zwykł był zaczynać swoje wprowadzenie do zawodu inżynierskiego krótkim stwierdzeniem: "Można zbudować most z Europy do Ameryki, pytanie tylko: po co i za ile?". Realizacja naszych autostrad ma miejsce w Polsce, czyli nigdzie: nie prowadzą one od - do w ramach określonego budżetu i czasu. Sytuacja przypomina stary sowiecki dowcip o budowie drogi z dwóch krańców. Jeśli budowniczowie trafią na siebie, będzie to zwykła droga. Jeśli nie trafią, będzie to autostrada o mniejszym lub większym pasie zielonym.

CZESŁAW BIELECKI
Autor jest architektem, publicystą, działaczem społecznym. W 1984 r. założył pracownię architektoniczną Dom i Miasto. Działał w opozycji demokratycznej, publikował w prasie podziemnej jako Maciej Poleski. Był doradcą w rządzie Jana Olszewskiego. Współzakładał Ruch Stu, w Sejmie III kadencji był przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych. Zainicjował powołanie Muzeum Komunizmu w Warszawie

Za przeglądem prasy na stronie internetowej GDDKiA, do którego prowadzi dłuższy link niż sumaryczna długość polskich autostrad

: 29 sty 2008, 13:07
autor: Dennis
Jako drogowiec (w przeciwieństwie do autora artykułu) chciałem zapytać przekornie: i co z tego, że w Polsce nie buduje się autostrad? Kosmodromów też się (jeszcze) nie buduje, portów morskich, kolejowych terminali przeładunkowych i szklanych domów zresztą również nie i jakoś nikt problemu z tego nie robi :-$ Wystarczy jednak wypowiedzieć magiczne słowo pochodzenia włoskiego i wszyscy dostają nagle zdumiewających zdolności krasomówczych o zdecydowanie pejoratywnym nacechowaniu :/
Jednak artykuł powyższy przynajmniej nie prześlizguje się po temacie, ograniczając się do samego sarkania.
Czesław Bielecki pisze:Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad od dekady wystarcza jako racja istnienia, że stara się coś niecoś zbudować, choć wciąż jej to nie wychodzi.
Ciekaw jestem, czy Szanowny Pan Architekt słyszał o utrzymaniu dróg, o konieczności ich odśnieżania, koszenia trawy na poboczach, zapewnienia bezpieczeństwa ruchu, o takich szczegółach, jak remonty, czy modernizacje nie wspominając? To wszystko jest także w zakresie działań dyrekcji. I właśnie owe modernizacje są IMHO tutaj najważniejsze. Nie mówię wcale, iż robi się ich wystarczająco dużo, ale o tej kwestii jakoś wszyscy wydają się uporczywie nie pamiętać. Tymczasem modernizacja drogi krajowej do parametrów drogi ekspresowej jest znacząco tańsza (średnio mniej więcej o 1/5) oraz powoduje znacznie mniej protestów i wątpliwości środowiskowo-lokalnych, niż budowa autostrady, oferując jednocześnie odczuwalnie parametry jazdy niemal identyczne, jak fetyszyzowany włoski wynalazek (zresztą, podobnie jak pizza, znany głównie z USA :P). Oczywiście budowa arterii w nowym śladzie też jest gdzieniegdzie konieczna (poza tym w ramach modernizacji trzeba przewidzieć budowę by-passów wielu miejscowości, także prowadzonych w nowym śladzie). Ale tutaj klasa S jest również dużo mniej kosztowna (w stosunku do oferowanego komfortu jazdy), niż A.
Czesław pisze:Otóż korytarze komunikacyjne, które narzuca nam TEN (Trans European Network), nie precyzują szczegółów. To my sami musimy rozstrzygnąć kwestię, jak wpisać się w sieć europejskich szybkich połączeń transportowych - czy w korytarzu prowadzić autostradę, drogę ekspresową czy także linię kolei wielkich prędkości - i której z tych inwestycji dać pierwszeństwo. I to do nas należy decyzja, czy ten cel osiągniemy, głównie modernizując trasy już istniejące, które zbierają gros potoków ruchu krajowego, czy też skupimy się - jak to zrobiono przed laty - na wytyczeniu autostrad po zupełnie nowych trasach. Budując nieomal od zera system z założenia płatnych autostrad, pominęliśmy istotny problem.
Skoro w obecnej koncepcji autostrad alternatywnymi - bezpłatnymi drogami pozostaną dzisiejsze najkrótsze i najlepsze połączenia (np. Warszawa - Gdańsk czy Kraków - Warszawa), wątpliwe jest, czy autostrada łącząca stolicę poprzez Łódź z Gdańskiem i Krakowem Spłaci się w założonym tempie. Twierdzę, że przyjęta koncepcja jest najlepsza dla różnych grup interesu, ale nie dla podatnika, kraju, budżetu.
Czesław pisze:Rozwiązania modernizacyjne są nie tylko bardziej funkcjonalne. Per saldo są szybsze w realizacji i tańsze dla gospodarki, rokując pewniejszy zwrot kosztów. Budując system autostrad i dróg ekspresowych z maksymalnym wykorzystaniem istniejących tras, załatwiamy jednocześnie problemy wąskich gardeł i omijamy czasochłonne wykupy. Pas drogowy w liniach rozgraniczających jest przecież znacznie szerszy niż dzisiejsza droga - jest więc to możliwe.
O to, to =D> Nie można było tak od razu? :P
Czesław pisze:Notabene dziś można i trzeba rozwiązać ten problem po amerykańsku. Puścić trasę wylotową na estakadzie, która wzniesie się w górę przy zabytkowym kościele w Raszynie, a wyląduje na poziomie ziemi przy zlokalizowanym przy lotnisku węźle z kolejną warszawską obwodnicą. Skoro gmina zamieniła swój obszar w śmietnik, niech ten chaos przedmieść pozostanie poza zasięgiem wzroku, ograniczony ścianami akustycznymi.
Nic nie trzeba, bo niebawem (planowany przez GDDKiA początek inwestycji ma nastąpić, wedle wersji optymistycznej, jeszcze w tym roku) powstanie coś takiego, jak S-7/8 Salomea - Wolica i to ona pełnić będzie rolę głównej wylotówki z miasta na południe/południowy-zachód.
Czesław pisze:Drugim lobby są planiści przestrzenni i inżynierowie komunikanci, którzy w gwarze zawodowej dzielą się na miejskich i wiejskich. Miejscy przyzwyczajeni są do oszczędnego rozliczania pasów ruchu i godzenia parametrów technicznych drogi z uwarunkowaniami przestrzennymi terenów zurbanizowanych. Ci są w mniejszości. Dlatego latami oglądamy rany w tkance miejskiej. Ktoś rozerwał ją nową trasą, jakby prowadziła przez pole. Komunikantowi wiejskiemu wystarczy, że oklei przecięty buldożerami krajobraz miejski za pomocą gigantycznych billboardów.
=D> Nic dodać, nic ująć!
Czesław pisze:Lekceważy się cele możliwe do zrealizowania i pozwalające kontrolować skuteczność kadencyjnych władz, na przykład zmodernizowanie całej trasy katowickiej przez budowę tych obwodnic, których nie zbudowano za Gierka (np. częstochowskiej), oraz zbudowanie estakad lub tuneli dla ruchu, który ma pierwszeństwo.
Wszystko fajnie, Częstochowa odetchnęłaby i z pewnością nie zginęła. Ale ile miasteczek marnie skończyło po wybudowaniu im obwodnic? Pomijam już głośną sprawę z obwodnicą Augustowa (w którym przez x ostatnich lat nie wybudowano ani jedej kładki, czy sygnalizatora świetlnego dla poprawienia bezpieczeństwa mieszkańców). Jednak generalnie sprawa nie jest jednoznaczna, a każda budowana nowa obwodnica napotyka szereg dodatkowych trudności (chociażby związanych z bliskością terenów zurbanizowanych). Bo dla kogo w zasadzie są te obwodnice budowane? Albo raczej przez kogo? Przez towarowy ruch tranzytowy, czyli nieszczęsne TIRy, mówiąc kolokwialnie. Wszak ruch indywidualny jest dla większości miejscowości stosunkowo mało uciążliwy, za to stanowi znaczną część źródła dochodów (których odcięcie niekiedy właśnie kończy się dla lokalnej społeczności źle). A dochody te zostają odcięte samoczynnie po wybudowaniu obwodnicy, choć miała ona przecież głównie służyć TIRom. Oczywiście o kompleksowym i strukturalnym rozwiązaniu problemu dokumentnie rozjeżdżających nasz kraj TIRów nie mówi w tym kraju prawie nikt, bo i po co brać się za trudne kwestie i po co narobić sobie chwilowych kłopotów z elektoratem?! :/

: 10 lut 2008, 22:04
autor: Siecool
Z cyklu "paranoje polskich przepisów", dlatego wrzucam to do tego tematu.
Gazeta Wyborcza pisze:Firmy się biją, więc Wrocław dopłaci do mostu
Magda Nogaj, Wrocław; 2008-02-09, ostatnia aktualizacja 2008-02-08 20:13

Z powodu drobnego błędu - chodzi o wyceniony na 47 zł montaż kloszy do lamp - budowa największego wrocławskiego mostu będzie droższa o 124 mln zł.

Most można było wybudować taniej, ale Generalna Dyrekcja Dróg i Autostrad o jeden dzień spóźniła się z zaskarżeniem do sądu orzeczenia Krajowej Izby Odwoławczej, które zapadło w tej sprawie.

Most ma być pierwszym budowanym odcinkiem autostradowej obwodnicy Wrocławia. Przetarg na jego budowę został ogłoszony w kwietniu ubiegłego roku. Najkorzystniejszą ofertę złożyło konsorcjum Dywidag Bau i Strabag, które deklarowało, że postawi konstrukcję za 452 mln zł, o 100 mln zł taniej, niż zakładał kosztorys przygotowany przez inwestora.

Niestety, okazało się, że Dywidag Bau i Strabag, przygotowując ofertę, zrobili drobny błąd w kosztorysie. - To była zwykła pomyłka pisarska - tłumaczy Andrzej Maciejewski, rzecznik GDDKiA. - Chodziło o cenę montażu ośmiu kloszy do lamp, które miały zawisnąć na moście, wartego w sumie 47 zł.

Inwestor napisał w specyfikacji przetargowej, że oferenci mają podać, na ile wyceniają montaż 388 kloszy. Dywidag zrobił obliczenia na podstawie liczby 380.

Dyrekcja zwróciła się do wykonawcy, aby poprawił kosztorys. Zaprotestowały jednak inne firmy biorące udział w przetargu.

Sprawa trafiła do Krajowej Izby Odwoławczej. Ta przyznała rację skarżącym. Generalna Dyrekcja chciała odwołać się od orzeczenia KIO do sądu. Jednak o jeden dzień za późno wysłała skargę i sąd ją odrzucił. - Zawinił czynnik ludzki - mówi Wojciech Sozański, dyrektor wrocławskiego oddziału GDDKiA. - Osoba, która odbiera u nas pocztę, zarejestrowała korespondencję z wyrokiem Izby z datą o dzień późniejszą.

- Dostali wyrok w sylwestra, może mieli pecha, a może bałagan - mówi Dariusz Koba, prawnik, który doradza Generalnej Dyrekcji w kwestii przetargów.

Efekt jest taki, że GDDKiA może teraz brać pod uwagę tylko drugą w kolejności ofertę - firm Mostostal Warszawa i Acciona. Ta jednak jest dużo droższa.

- Za budowę mostu będziemy musieli zapłacić 124 mln zł więcej. I to wszystko z powodu drobnych 47 zł - narzeka rzecznik GDDKiA.

124 mln zł to bardzo dużo. Za podobną kwotę we Wrocławiu miasto zmodernizowało jedno z największych skrzyżowań przy pl. Grunwaldzkim i główny deptak - ul. Szewską. Tylko 25 mln zł więcej kosztował kilka lat temu most Milenijny, a na rozpoczynający się w tym roku remont całej ul. Krakowskiej zaplanowano 62 mln zł.

Przetargu nie można unieważnić. - Musielibyśmy wypłacić odszkodowania wykonawcom - mówi Maciejewski. - Co gorsza, rozpisanie nowego przetargu wiązałoby się z kolejnym opóźnieniem tej inwestycji. Obecne postępowanie ciągnęło się prawie rok.

Nie ma jednak pewności, czy GDDKiA podpisze umowę z Mostostalem i wreszcie rozpocznie się budowa. Z nieoficjalnych informacji wynika, że teraz w walkę o kontrakt może się włączyć Skanska, która zajęła trzecie miejsce w przetargu. Będzie szukała błędów w ofercie Mostostalu. Jeśli znajdzie, to nie tylko budowa się opóźni, ale będzie jeszcze droższa. Skanska żąda bowiem za prace aż o 290 mln zł więcej, niż proponował w unieważnionej ofercie Strabag.

- Wykonawcy specjalizują się w walce na to, kto kogo złapie, na którym przecinku. Urząd Zamówień Publicznych im na to pozwala, bo nie chodzi o ich pieniądze - mówi Dariusz Koba. - Arbitraż polski znany jest z hiperformalizmu. Natomiast prawo zamówień publicznych jest nieracjonalne i głupie. Straciliśmy 124 mln zł, bo ustawa mówi, że jeżeli jedna z tysiąca cyfr w ofercie jest pomylona, to należy ją uznać za niezgodną ze specyfikacją i odrzucić.

Takie absurdy zdarzają się częściej. W przetargu na budowę obwodnicy Hrebennego wykonawca pominął w kosztorysie jedno drzewo, które trzeba było wyciąć. Jego oferta została odrzucona, wybrano droższą o 5 mln zł.

W dokumentacji na budowę odcinka A4 Zgorzelec - Krzyżowa, GDDKiA użyła słowa "most". Jeden z wykonawców DTP Terrassement złożył protest, twierdząc, że powinno być napisane "obiekt mostowy". UZP przyznał firmie rację i unieważnił przetarg. W kolejnym wygrał już DTP.

: 10 lut 2008, 22:17
autor: pawcio
Idiotyzm. przecież to spokojnie można było zakwalifikować, jako oczywistą pomyłkę.

: 10 lut 2008, 22:31
autor: MeWa
Trzy ostatnie akapity dobitnie świadczą, że coś jest nie tak...
Nie może być tak, że formalizm przysłania celowość...

: 10 lut 2008, 23:11
autor: Bastian
Hm. Gdyby dać nawet 50 mln (!) łapówki, oszczędzilibyśmy 74 mln. Po co nam te przetargi? :-k

: 10 lut 2008, 23:12
autor: pawcio
Toż od dawna wiadomo, że PZP jest do całkowitej reformy.

: 10 lut 2008, 23:39
autor: Glonojad
Macie wszyscy rację, chociaż ja naprawdę nie wiem, jak można było te trzy świetlówki w ofercie 120N narysować w powietrzu...

: 01 kwie 2008, 20:29
autor: Kleszczu
[img]http://bi.gazeta.pl/im/2/4806/m4806502.jpg[/img] pisze: Już nie w 2010, ale najwcześniej dopiero pod koniec następnego roku Warszawa będzie miała autostradę. Ponad 90-kilometrowy odcinek z Łodzi chcą budować Włosi i Hiszpanie.



Wczoraj dwa zagraniczne konsorcja złożyły oferty w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. To kolejny etap ciągnącego się od 2005 r. przetargu na firmę, która najpierw zbuduje, a potem będzie zarządzać i pobierać opłaty na ponad 90-kilometrowym odcinku autostrady A2 ze Strykowa pod Łodzią do granic Warszawy .

Na placu boju pozostały już tylko Autostrada Południe SA i Autostrada Mazowsze SA. Takie nazwy przyjęły zagraniczne konsorcja. Zanosi się na prawdziwy pojedynek hiszpańsko-włoski o trasę A2. Autostrada Południe skupia bowiem firmy, w których dominuje kapitał hiszpański - to m.in. Budimex i Ferrovial, które jesienią zeszłego roku Porty Lotnicze wyrzuciły z placu budowy terminalu na Okęciu . Konsorcjum Autostrada Mazowsze tworzy zaś m.in. Stalexport, który eksploatuje autostradę z Krakowa do Katowic. Tę spółkę kontroluje włoski koncern Autostrade S.p.A, który sam też wchodzi w skład startującego w przetargu konsorcjum.

Teraz generalna dyrekcja dróg przeanalizuje zgłoszone oferty i zacznie negocjacje, które mają wyłonić zwycięzcę przetargu. - Będziemy się starać, żeby umowa na budowę autostrady została podpisana latem tego roku - powiedział "Gazecie" szef GDDKiA Janusz Koper.

Termin oddania kluczowego dla stolicy odcinka wciąż się jednak przesuwa. Poprzedni minister transportu Jerzy Polaczek (PiS) zarzekał się, że zostanie oddana w 2010 r. Janusz Koper twierdzi teraz, że realnym terminem dociągnięcia autostrady do Warszawy jest koniec 2011 r. Jeśli nawet uda się podpisać umowę na budowę A2 w tym roku, to najpierw wybrana firma musi ją zaprojektować. Według dyr. Kopera wiosną przyszłego roku mogłyby się zacząć jedynie prace przygotowawcze. Konkretne roboty budowlane wystartowałyby zaś w drugiej połowie 2009 r.

Wciąż trwa też wykup gruntów. Według Małgorzaty Tarnowskiej z GDDKiA na mazowieckim odcinku autostrady administracja drogowa ma 77 proc. potrzebnych działek. Co do części gruntów nie udaje się uzgodnić ceny sprzedaży. Drogowcy liczą, że wywłaszczy je wojewoda.

Jeśli podczas przygotowań doszłoby do kolejnych opóźnień, autostrada do Warszawy nie zostanie ukończona przed Euro 2012. Byłoby to utrudnieniem zwłaszcza dla kibiców z zachodniej Polski czy Niemiec, którzy na mistrzostwa chcieliby dojechać samochodem lub autokarem. Wtedy już byłby też gotowy ostatni brakujący odcinek A2 między Wielkopolską a granicą polsko-niemiecką.

Autostrada z Łodzi do Warszawy będzie płatna. Za darmo pojedziemy jedynie na krótkim odcinku między stolicą i Pruszkowem.



Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna

: 01 kwie 2008, 21:01
autor: Glonojad
link!

: 01 kwie 2008, 22:23
autor: SławekM
inż. Glonojad pisze:link!
Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem ;) http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,5075804.html

: 02 kwie 2008, 19:49
autor: Glonojad
O tym powinien pamiętać R-11, w końcu moderator :p

Co do meritum - ciekawe, ile bramek będzie po drodze do Poznania z Warszawy łącznie - 6? 8? :aloha:

: 02 kwie 2008, 22:03
autor: Kleszczu
inż. Glonojad pisze:O tym powinien pamiętać R-11, w końcu moderator :p

Co do meritum - ciekawe, ile bramek będzie po drodze do Poznania z Warszawy łącznie - 6? 8? :aloha:
2 na odcinku Autostrady Wielkopolskiej, 2 (albo 1 - nie pamiętam) na odcinku Konin - Stryków (chociaż tutaj ponoć ma być tanio :rotfl:) i jeszcze 2 na odcinku Stryków - Warszawa. Dolicz do tego jeszcze 3 na odcinku Poznań - Świecko. Od Odry do Wisły w sumie 8-9 bramek na ok. 450 kilometrach, czyli średnio co 50-60 km. Żałosne :/

: 03 kwie 2008, 8:58
autor: Glonojad
To z pewnością po to, by kierowcy nie usypiali - w końcu długość odcinków prostych jest w zasadzie z tego powodu limitowana :term: