Tak jest, masz rację - jest jeszcze sieć tramwajowaGlonojad pisze:Byłeś w ogóle kiedyś w tej Częstochowie, czy tak sobie bredzisz?jasiu pisze:[(...) bo o ile Kraków jest milionową metropolią, o tyle Cz-wa to tylko Jasna Góra, zapałki i huta
Ateizm, wiara i tematyka kościelna...
Moderator: Szeregowy_Równoległy
- Kleszczu
- Stoi... Sofista?
- Posty: 11540
- Rejestracja: 14 gru 2005, 19:48
- Lokalizacja: Nowe Włochy
- Kontakt:
"Ale potrafił podać dokładnie godziny wyjazdu i przyjazdu pociągu Paryż-Berlin, kombinacje połączeń między Lyonem i Warszawą.(...) Nawet naczelnik stacji by się w tym zgubił..."
Albert Camus-"Dżuma"
"Kiedyś chciałem umrzeć młodo jak Jim Morrison, ale z czasem zacząłem patrzeć na to inaczej..." - Ryszard Riedel
Albert Camus-"Dżuma"
"Kiedyś chciałem umrzeć młodo jak Jim Morrison, ale z czasem zacząłem patrzeć na to inaczej..." - Ryszard Riedel
a propos
Kiedyś przesiadałem się w Częstochowie. Miałem 2,5h oczekiwania na pociąg w środku nocy. Przeszedłem się wtedy po mieście. Takiej liczby pijanej młodzieży nie widziałem ani wcześniej, ani później. Byłem w szoku. Ci ludzie byli na każdej ulicy w centrum. Pod murami klasztoru widziałem bandę kilkunastu dresiarzy. Uciekałem przed nimi.
Wyglądało to tak, jakby miasto nocą pokazywało zupełnie inne, skrywane w dzień pod płaszczykiem religijności oblicze.
Kiedyś przesiadałem się w Częstochowie. Miałem 2,5h oczekiwania na pociąg w środku nocy. Przeszedłem się wtedy po mieście. Takiej liczby pijanej młodzieży nie widziałem ani wcześniej, ani później. Byłem w szoku. Ci ludzie byli na każdej ulicy w centrum. Pod murami klasztoru widziałem bandę kilkunastu dresiarzy. Uciekałem przed nimi.
Wyglądało to tak, jakby miasto nocą pokazywało zupełnie inne, skrywane w dzień pod płaszczykiem religijności oblicze.
- MeWa
- Cukiereczek
- Posty: 24727
- Rejestracja: 14 gru 2005, 21:34
- Lokalizacja: Czachówek Centralny Południowo-Środkowy
Częstochowa jest dosyć specyficznym miastem - jako takiej starówki tam nie ma (ciągnie się Al. NMP), dosyć duży udział blokowisk w mieście. Ale czy jest aż tak źle? Nie powiedziałbym. Przed wakacjami miałem zresztą okazję spędzać wieczory późne na ulicach Cz-wy i nie było jakichś niebezpiecznych sytuacji.
Dla mnie to gorzej jest w Łodzi - wygląda jakby był tam jakiś problem z alkoholizmem, w ciągu dnia są takie obszary, które nie zachęcają do zapuszczania się, wieczorem już poza Piotrkowską pojawia się podejrzane towarzystwo...
Dla mnie to gorzej jest w Łodzi - wygląda jakby był tam jakiś problem z alkoholizmem, w ciągu dnia są takie obszary, które nie zachęcają do zapuszczania się, wieczorem już poza Piotrkowską pojawia się podejrzane towarzystwo...
STACJA METRA "RATUSZ" POWINNA NAZYWAĆ SIĘ "PLAC BANKOWY"
[size=0]M-1 1 7 9 14 15 182 208 523[/size]
[size=0]M-1 1 7 9 14 15 182 208 523[/size]
- Glonojad
- Dark Lord of The Plonk
- Posty: 26876
- Rejestracja: 13 gru 2005, 23:39
- Lokalizacja: z Ochoty, jak to płaczki
Głupstwa pleciesz i tyle.jasiu pisze:w dzień ma nielepsze oblicze, z całym szacunkiem dla Częstochowian, ale główna ulica miasta przypomina mi Raszyn...
[ Dodano: |23 Wrz 2009|, 2009 09:13 ]
Częstochowa nie jest wcale bardzo religijne.Jarek pisze:
Wyglądało to tak, jakby miasto nocą pokazywało zupełnie inne, skrywane w dzień pod płaszczykiem religijności oblicze.
Wieloletnia arogancka postawa Kościoła i jego szkodliwa dla gospodarki miasta działalność (wszelkie możliwe zyski z pielgrzymek są wyłączną domeną Koscioła, miastu zostają tylko uciążliwości i koszta) spowodowała na przykład, że przez wiele lat bardzo wysokie notowania miało tam SLD. Oczywiście to dalej potęgowało napięcia na linii klasztor - miasto.
Obecnie Częstochową rządzi opcja bliska klasztorowi (powiązania rodzinne wręcz), co ani na jotę nie poprawiło pozycji miasta w tym układzie.
Jeśli ktoś sądzi, ze miasto bogaci się na pielgrzymach, to jest w grubym błędzie.
Wypowiedź ta stanowi moje prywatne zdanie i nie może być cytowana lub analizowana w związku z moją działalnością w jakiekolwiek instytucji z którą mogę lub mogłem współpracować, ani jako stanowisko tej instytucji. Nie wyrażam także zgody na jej przetwarzanie w żadnej formie technicznej ni magicznej.
W rocznicę uchwalenia instrukcji KEP, został opublikowany list otwarty do Benetykta XVI w sprawie polskiej instrukcji apostazji, która jest miejscami niezgodna z oficjalnymi dokumentami kościelnymi.
http://www.list.apostazja.pl
http://www.list.apostazja.pl
Gdynia, dn. 27.09.2009
Arcybiskup i Metropolita Prowincji Rzymskiej
Papież Benedykt XVI ,
Palazzo Apostolico Vaticano
00120 Citta' del Vaticano
"Każdy człowiek ma prawo wolności myśli, sumienia i wyznania"
List otwarty do papieża Benedykta XVI
W dniu 27.09.2008 Konferencja Episkopatu Polski, ogłosiła nowe zasady postępowania w sprawie formalnego aktu wystąpienia z Kościoła rzymskokatolickiego. Opublikowanie instrukcji było wynikiem zaniepokojenia Kościoła zjawiskiem coraz częstszych, formalnych aktów apostazji składanych w parafiach w całej Polsce. Instrukcja Episkopatu Polski jest sprzeczna z wytycznymi Watykanu opublikowanymi w 2006 roku przez kardynała Herranza. W myśl postanowień instrukcji polskiego Episkopatu, obywatele Rzeczpospolitej Polskiej, wyznawcy innych niż rzymskokatolickie wyznań, a także niewierzący, agnostycy i ateiści, bardzo często znajdują się w sytuacji gdy polscy księża rzymskokatoliccy utrudniają im dokonania apostazji. Dając przy tym upust swoim negatywnym emocjom, księża komplikują, a czasem wręcz starają się uniemożliwiać wystąpienie z Kościoła rzymskokatolickiego. Odmawianie wydania wymaganych przez episkopat Polski dokumentów niezbędnych do sfinalizowania procedury, żądanie za nie zapłaty, posługiwanie się kłamstwem oraz próby wywierania nacisku na potencjalnych odstępców są na porządku dziennym. Oczywiście zdarzają się przypadki kulturalnego i zbliżonego do zaleceń Watykanu finalizowania procedur apostazji, lecz tych - przynajmniej obecnie, jest zdecydowanie mniej.
Konieczność doprowadzania świadków apostazji, uzyskiwanie dodatkowych dokumentów, brak określenia terminu formalizacji apostazji oraz uniemożliwienie rodzicom lub prawnym opiekunom decydowania o przynależności religijnej własnych dzieci, jest postępowaniem kolidującym z Konstytucją RP, Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, Konwencją Praw Dziecka, oraz Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, w której czytamy: "Każdy człowiek ma prawo wolności myśli, sumienia i wyznania; prawo to obejmuje swobodę zmiany wyznania lub wiary (.)". O dziwo, funkcjonujące w Polsce od roku kościelne prawo jest też naszym zdaniem niezgodne z watykańską instrukcją z roku 2006.
Próby polskich księży w odkładaniu w czasie finalizowania apostazji, niekiedy do kilku lat, odbieramy jako wyraźny przejaw złej woli Kościoła. Całkowicie niezrozumiałe jest także nieuznawanie apostazji dokonanej poza granicami naszego kraju. Kościół rzymskokatolicki uznaje chrzest dokonany w jakimkolwiek miejscu na świecie, jednak apostazji, polscy obywatele mają dokonywać tylko i wyłącznie w granicach Polski lub polskich parafiach. Poza granicami naszego kraju przebywa co najmniej kilka milionów zarobkowych emigrantów, nie wspominając o licznej, wielomilionowej Polonii. Dlaczego pozbawia się tych ludzi możliwości decydowania o własnym światopoglądzie lub przynależności religijnej? Tylko dlatego, że nie mieszkają w granicach kraju z którego pochodzą? Z powodu takich działań dochodzi do absurdalnych sytuacji, kiedy w jednym kraju jest się apostatą, a w Polsce katolikiem. Z pewnością poprawia to statystyki liczby wyznawców religii rzymskokatolickiej w Polsce ale czy doprawdy papież Benedykt XVI sobie tego życzy? Czy karmienie się fikcją ma być podstawą funkcjonowania tej religii? Przyznajemy, jest nam to obojętne, ale czy tak samo obojętne jest to dla Papieża?
Zdajemy sobie sprawę, że Kościół rzymskokatolicki nie chce podlegać żadnym świeckim prawom, ale funkcjonując na terenie danego państwa, powinien, jak każda inna instytucja, się do nich dostosować. Czy moglibyśmy pozostać obojętni, gdyby apostazja w Kościele rzymskokatolickim była obłożona identyczną karą jaka grozi za irtidad w Islamie? Zgodnie z zapisami Soboru Watykańskiego II Kościół chce rzekomo respektować istnienie i prawa ludzi, którzy nie są katolikami. Wydaje się, że ciągle aktualne są słowa papieża Jana Pawła I: Sobór Watykański I ma wielu zwolenników, podobnie jak trzeci. Drugi ma ich za to zbyt mało.
My, obywatele niezwiązani z Kościołem rzymskokatolickim zadajemy sobie pytanie czy papież zdaje sobie sprawę z procedur jakie zostały przyjęte w Polsce? Czy może mamy traktować je jako pierwsze objawy schizmy Kościoła? Czy też może papież Benedykt XVI wie o wszystkim i zgadza się, że Polacy są innymi ludźmi niż np. Włosi, Niemcy, Hiszpanie, Francuzi i potrzebują innych procedur niż reszta świata? Jeśli tak jest w istocie, dlaczego procedura ogłoszona przez episkopat Polski stoi w sprzeczności z regułami, które ogłosił w roku 2006 Watykan? Czy doprawdy nie wystarczy, dopełnienie formalności przez polskiego apostatę zgodnie z punktem pierwszym stanowiska papieskiej rady ds. Tekstów Prawnych z 13 marca 2006 roku?
My, polscy niekatolicy, zdajemy sobie sprawę z prawdopodobnego braku odpowiedzi na ten list. Oczywiste jest dla nas, że zasady stanowione przez Kościół, bywają sprzeczne z wartościami jakie sami wyznajemy. Bylibyśmy jednak szczęśliwi, gdyby Kościół rzymskokatolicki zechciał respektować nasze niezbywalne prawa do samostanowienia o samych sobie. Byłoby to zgodne z duchem poszanowania i miłości bliźniego, które katolicyzm sam głosi.
Chcemy, by Kościół rzymskokatolicki pozwolił wreszcie, w sposób swobodny i nie urągający ludzkiej godności, korzystać z naszych, uniwersalnych, niezbywalnych praw. Tak samo jak Kościół rzymskokatolicki cieszy się w naszym kraju pełnią, nieskrępowanej w żaden sposób, swobody wypełniania swojej religijnej misji, tak samo my polscy niekatolicy życzymy sobie wolności i poszanowania naszych praw.
W preambule do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka czytamy "ogłoszono uroczyście jako najwznioślejszy cel ludzkości dążenie do zbudowania takiego świata, w którym ludzie korzystać będą z wolności słowa i przekonań (...)". Wierzymy, że wszyscy ludzie, bez względu na wyznawaną religię lub światopogląd powinni do tego celu dążyć.
Paweł Gliński Jarosław Milewczyk Olgierd Rynkiewicz
Cytowane dokumenty:
1. Konstytucja RP.
2. Karta Praw Człowieka i Obywatela.
3. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka.
4. Konwencja Praw Dziecka.
5. Rozporządzenie Papieskiej Rady ds. Tekstów Prawnych nr 10279/2006.
6. Instrukcja Konferencji Episkopatu Polski z 27 września 2008 roku.
S4 | R8 | R90 | RE8 | RE90 || 10 | 11 || 105 | 136 | 167 | 178 | 184 | 186 | 414 | 523 | N43
Że co?!?!jasiu pisze:bo o ile Kraków jest milionową metropolią
Aczkolwiek od zeszłego roku Kraków jest drugim największym miastem w Polsce, spychając Łódź na trzecie miejsce.
"Coś ci powiem chłopcze! Gdy będziesz wracał do domu dziś wieczór, a jakiś psychopata rzuci się na ciebie z garścią malin, nie przyłaź mi tutaj skomleć." - John Cleese
http://www.naszepoloniny.pl/articles.php?id=705Nasze Połoniny pisze:Poniżej zamieszczamy artykuł napisany przez panią Joannę Skibniewską przy współpracy Szymona Jakubowskiego, jaki ukazał się w dzienniku cotygodniowym „Nie” nr 31 z 30 lipca 2009 roku .Decyzję o przedruku podjęliśmy na liczne prośby naszych czytelników, którzy nie mieli możliwości zapoznania się artykułem, z uwagi na małą ilość egzemplarzy „Nie” w naszym rejonie. Na przedruk artykułu uzyskaliśmy zgodę redakcji.
Policjant uwięziony po dąsach przewodniczącego episkopatu polski.
To gorsze, niż gdyby przejechał go samochód. Sierżant Paweł S. Harcerz. Kolekcjoner. Idealista. Były policjant. Obecnie aresztant. W sierpniu zeszłego roku Paweł S. policjant drogówki w Ustrzykach Dolnych, zatrzymał samochód. Kierował nim watykański ksiądz Stival Cianciarello. Jadąc na wycieczkę po Bieszczadach, nie zapalił świateł i przekroczył prędkość o przeszło 30 km/h. Sierżant postanowił wlepić mu 200 zł mandatu i pouczył, że na bieszczadzkich serpentynach trzeba jechać ostrożnie. Do rozmowy włączył się pasażer. Krzyczał na policjanta i machał rękoma. Wysiadł też z samochodu, zachowywał się agresywnie. Ty nie wiesz kim ja jestem – powtarzał wielokrotnie. Ponieważ sierżant nie raz już słyszał takie teksty, nie zareagował, tylko polecił siwemu krzykaczowi wsiąść do auta. Wypisał mandat, życzył szerokiej drogi i pożegnał panów uprzejmie. Zapomniał o tym zdarzeniu, jak o tysiącu innych kontrolach drogowych.
Ludzie z góry
Po miesiącu został wezwany na dywanik do szefa. Ty naprawdę nie wiesz z kim zadarłeś? Wtedy dowiedział się, że ów agresywny pasażer to arcybiskup Józef Michalik. Szef Kościoła katolickiego w Polsce, zadzwonił do komendy wojewódzkiej, skarżąc się na sierżanta.
Ponoszony miłością bliźniego, poprosił o ukaranie „nadgorliwego” policjanta. Prośba najważniejszej osoby w kraju to więcej niż rozkaz. Sprawą zajął się ówczesny zastępca komendanta wojewódzkiego w Rzeszowie Jan Zając. Zapytał sierżanta S. jakiego jest wyznania, dlaczego uderza w Kościół katolicki i czemu zwracał się niegrzecznie do biskupa, nazywając go „proszę pana”, a nie „wasza eminencjo”( w rzeczywistości abepe Michalik jest ekscelencją zaledwie. Przy tym skoro do Boga mówi się Panie, to wypada podobnie do jego urzędników). Wicekomendant zażądał też anulowania mandatu. W trzy tygodnie potem Paweł S. został przeniesiony z wydziału ruchu drogowego do plutonu patrolowego, czyli na posadę krawężnika. – Komendant powiedział mi, że musiał go przenieść, żeby „uciszyć tych chujów z góry”- mówi mi ojciec sierżanta S. Kogo miał na myśli, strach się domyślać. W noc sylwestrową, gdy sierżant miał interwencję za interwencją, zauważył, że z radiowozu zginął jego zasobnik z bloczkami mandatów karnych oraz część pieniędzy i prawo jazdy. Szybko złożył raport a pieniądze wyjął z własnej kieszeni i wpłacił w kasie komendy. Myślał, że to koniec kłopotów. To jednak był dopiero początek.
Ryzykowny incydent
Niedługo potem usłyszał podobno od przełożonego, komendanta Stanisława Dziedzica, że albo odejdzie ze służby, albo zostanie wyrzucony dyscyplinarnie. Taką wersję potwierdzają też anonimowo jego koledzy policjanci. Chłopak złożył rezygnację, a Dziedzic złożył doniesienie do prokuratury, że S. zniszczył mandaty po to, by przywłaszczyć sobie pieniądze. Te pieniądze, które oddał z własnej kieszeni. Prokuratura w parę dni potem postawiła byłemu już policjantowi zarzut, niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień. – Nie mam sobie nic do zarzucenia- mówi Dziedzic. –Tam były uchybienia. Co prawda przyznaje, że podobnych uchybień w policji jest wiele i kończą się jakąś karą porządkową, a niedoniesieniem do prokuratury, ale pamięta też o kłopotach policji po „incydencie” z arcybiskupem Michalikiem. – Policjant musi zachować się godnie i z szacunkiem do zatrzymanego – komentuje tamto zdarzenie. Zapewnia jednak, ze „incydent” nic go nie obchodzi, a ukaranie mandatem kościelnego dygnitarza nie ma związku z postępowaniem prowadzonym przeciwko S. Mówi też, że nikt z „góry” nie interweniował. Co innego twierdzi Komenda Główna Policji : …interwencja w Komendzie Powiatowej Policji w Ustrzykach Dolnych spowodowana była ustną skargą na „wulgarne” zachowanie się policjanta wobec abp. Michalika w trakcie kontroli drogowej.
Kto, z kim, gdzie i kiedy
Prokuratura zdawała sobie sprawę, że postawione Pawłowi S. zarzuty nie utrzymają się w sądzie. Bo jak ukarać za zniknięcie mandatów, które i tak są wpisywane po zakończeniu służby w rejestr nałożonych mandatów? Sierżantowi nic by to nie dało. Z zarzutów pozostał jedynie brak dbałości o dokumenty. A to cienkie. Tymczasem S. wciąż głośno mówił o arcybiskupie i interwencji w tej sprawie komendy wojewódzkiej z Rzeszowa. Wtedy do akcji wkroczyło Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Wojewódzkiej Policji. Już w niespełna miesiąc później Paweł S. siedział w areszcie. Tym razem otrzymał grube zarzuty. Nielegalne posiadanie broni, jej przetwarzanie i handel nią. Prokurator Aurelia Skiba napisała, że w bliżej nieokreślonym czasie, w bliżej niekreślonym miejscu i z bliżej nieokreślonymi osobami Paweł S. handlował bronią. Przeszukanie w domu sierżanta dało niebywałe wyniki: zabezpieczono dwa telefony komórkowe. Żadnej broni. Skąd więc takie zarzuty? – Wszyscy w okolicy wiedzą, że Paweł ma hopla na punkcie różnych wykopalisk – mówi jego kolega z komendy. – Ciągle wykopywał jakieś orzełki, guziki od mundurów, jakieś bagnety z pierwszej wojny, skorupy. To zapaleniec. Jego zbiory nie raz zasilały okoliczne muzea. – On był po przeszkoleniu pirotechnicznym, nie trzymałby żadnych niebezpiecznych materiałów, bo wie, czym to grozi – dodają koledzy S. Przeszukania dokonano także u rodziców Pawła S. Sześciu funkcjonariuszy z bronią gotową do strzału, w kominiarkach, o szóstej rano wtargnęło do ich domu. Para starszych ludzi była szarpana i popychana.
Przeszukanie trwało godziny. Ani broni, ani mandatów nie znaleziono. Zabezpieczono komputer, telefon komórkowy i zdjęcia wnuków. Razem z sierżantem zatrzymano innych kolekcjonerów. U nich znaleziono atrapy granatów, jakieś łuski po nabojach z wojny i inne żelastwa. Do aresztu trafił jednak tylko S. Prokurator Skiba zrobiła z sierżanta herszta bandy. Przy tym bandy nieistniejącej. Napisała, że zarzucane podejrzanemu czyny popełnione zostały(…) z udziałem osób, których tożsamości jeszcze nie ustalono. Uzasadniając areszt, napisała też, że ponieważ ona nie wie, z kim on jest w tej grupie przestępczej, niewiedza ta uzasadnia niezwłoczne odizolowanie Pawła S. od pozostałych osób. Pewnie od użytkowników Allegro. Gdzie kolekcjonerzy wymieniali się swoimi wykopanymi zdobyczami.
Glina nie podskoczy
Według przełożonego Aurelii Skiby, prokuratora Piotra Krausa, materiał dowodowy oraz okoliczności popełnienia czynów uzasadniały wystąpienie do sądu z wnioskiem o zastosowanie wobec Pawła S. środka zapobiegawczego. Dziś jedynym dowodem są zeznania moim zdaniem tendencyjne. Osoba pozostająca blisko śledztwa mówi mi, że są to drobni przestępcy, którzy poszli na współpracę z prokuraturą oraz….funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych KWP. Prokurator Skiba nadal wnioskuje o przedłużenie aresztu, choć od kwietnia nie prowadzi wobec aresztowanego żadnych czynności procesowych. Prokurator Kraus zapewnia także, że szykany i toczące się postępowanie nie ma żadnego związku z ukaraniem kierowcy arcybiskupa mandatem za popełnione wykroczenie. W każdym razie cały czas chodzi o stare żelastwo z czasów wojny, różne wykopane bagnety, a nie o żadną realną broń. Prokurator Skiba dla dobra śledztwa długo nie pozwalała sierżantowi zobaczyć się z rodziną. Teraz każda taka rozmowa odbywa się w towarzystwie funkcjonariusza BSW. Podczas przesłuchania sierżanta funkcjonariusz BSW Dariusz Piguła sam dzwonił do żony S. z zapytaniem, czy chce widzieć się z mężem. To miało złamać i tak już załamanego policjanta. Potem powiedział sierżantowi, że jeśli się nie przyzna do stawianych mu zarzutów, to rodzina nigdy nie dostanie widzenia. Podobno podał mu czysty protokół do podpisania. On sobie uzupełni…. – Czy to on pani o tym powiedział? – zapytał zdenerwowany Piguła, gdy do niego zadzwoniliśmy. – Skąd pani to wie? Paweł S. ma dwoje malutkich dzieci. Roczna Marysia choruje(ma ataki duszności), a 4-letni Patryk wciąż siedzi w oknie i wypatruje, kiedy wróci tata. Chowa się w koncie z wyimaginowanym telefonem i dzwoni do ojca. Żona policjanta ze względu na chorobę małej nie może pracować. Od miesięcy zdychają z głodu. Ojciec Pawła S. dowiedział się, że szef wszystkich biskupów polskich opowiada podczas różnych spotkań o tym głupim policjancie z Ustrzyk Dolnych, który już się napodskakiwał. Napisał list do abp. Michalika. Zapytał, dlaczego Michalik zrobił taką krzywdę jego synowi. Nie dostał odpowiedzi.
Arcymiłośnik bliźniego
Arcybiskup Józef Michalik jest głową polskiego Kościoła. Mówi na kazaniach, że najważniejsza jest rodzina i dzieci, zwłaszcza te dopiero poczęte. Jest też autorem książki „Kochać Boga – szanować człowieka”. Pisze w niej o miłości do bliźniego, o tym, że trzeba wspierać nawet tych, którzy są naszymi wrogami. A Paweł S.,32 – letni policjant z Ustrzyk Dolnych, gnije w pudle, bo nie nazwał ekscelencji księdza biskupa „eminencją”, tylko zwrócił się „proszę pana”.
Jeśli to prawda, to ja stąd emigruję... Ponadto ksiądz czy nie ksiądz, nie każdy się zna na kolorach falbanek. Dlatego do nieznajomych zwykle się zwraca człowiek "prosze panią/prosze pana" i nie jest to nic niestosownego. Ponadto w przypadku kotroli drogowej, jeśli pasażer jest nerwowy i wyskakuje z samochodu, zachowując się przy tym agresywnie, to może zostać zgodnie z prawem obezwładniony (czytaj: powalony na glebe i skuty)...
S4 | R8 | R90 | RE8 | RE90 || 10 | 11 || 105 | 136 | 167 | 178 | 184 | 186 | 414 | 523 | N43
Myślę, że powyższy tekst całkiem trafnie podsumowuje ową "obojętną wyznaniowo" III RP.Polityka pisze:Relacje państwo - Kościół w III RP
Politycy w zakrystii
Przez 20 lat wolnej Polski Kościół katolicki osiągnął wszystko, co zamierzał, choć nie tyle w sferze duchowej, co politycznej. To politycy dali Kościołowi siłę, która teraz w nich samych budzi respekt. I zniechęca do rozpoczęcia debat, jakie kiedyś przedwcześnie zamknęli.
Na początku tego roku szkolnego, w jednej ze szkół podstawowych w Warszawie, rodzice zauważyli, że w planie lekcji pierwszej klasy przybyło godzin religii, a ubyło wychowania fizycznego. Wielce oburzeni i gotowi do walki poszli na wywiadówkę, a tam zastali księdza katechetę. Pytanie, na jakie było ich w tej sytuacji stać, było nagle ciche i brzmiało: czy nie można by dodać trochę lekcji wuefu? I to jest typowa, skupiona jak w soczewce, polska rozmowa o roli Kościoła w naszym życiu publicznym.
Kto z rodziców chce, by mu zapamiętano, że miał coś przeciw Kościołowi, kto nie boi się, że na końcu to dziecko może zapłacić karę negatywnej stygmatyzacji, kto wreszcie ma w sobie odwagę i gotowość, by toczyć na wywiadówce dla pierwszoroczniaków dysputę zasadniczą, której unikają wszyscy, od polityków rozpoczynając? Nikt zresztą nie upomina się o to, by w ogóle na te lekcje religii zaglądać i poddawać je jakiejkolwiek dyskusji. Kłócono się, co prawda, o umieszczanie na świadectwie szkolnym stopni z religii i nadanie jej statusu przedmiotu maturalnego, ale już nie o to, za co te stopnie miały być przyznawane.
To Kościół decyduje o programie szkolnym i o tym, kto naucza. Państwo nic do tego nie ma, choć świadectwa są państwowe, z orłem. Trudno tu w ogóle udawać, że mamy do czynienia z jakąkolwiek zasadą neutralności światopoglądowej państwa. To symbol bezradności.
Tak zwany kompromis
Grzech jest, można powiedzieć, pierworodny, bo powstał u zarania III RP, gdy rząd Mazowieckiego w 1990 r. na mocy tylko instrukcji ministra edukacji narodowej (czyli metodą – od zakrystii) wprowadził religię do szkół. Następnie Trybunał Konstytucyjny oddalił skargi dwóch kolejnych rzeczników praw obywatelskich, prof. prof. Ewy Łętowskiej i Tadeusza Zielińskiego, którzy protestowali przeciwko łamaniu przez tę instrukcję i idące za nią rozporządzenia reguł demokratycznych.
Dopiero w kwietniu 1992 r. zostało wydane rozporządzenie „w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach”. Wreszcie konstytucja z 1997 r. potwierdziła obecność religii w szkole i nikt już nie protestował, zwłaszcza że politycy wszystkich właściwie formacji przyczynili się do zawarcia tego tak zwanego kompromisu z Kościołem. Bo wszelkie ustępstwa i przywileje dla Kościoła, ideologiczne i te bardziej przyziemne (celne, podatkowe, dotyczące zwrotu majątków, dotacji itp.), rychło zaczęto nazywać kompromisem.
Każdy, kto kwestionował „kompromisowe” ustawy, był traktowany jak niebezpieczny radykał, który zajmuje się tematami zastępczymi i podnosi rękę na z takim trudem wypracowane porozumienie. A porozumienia wyglądały na ogół tak, że Kościół postulował, a politycy się zgadzali.
Jeszcze za życia Jana Pawła II Kościół w Polsce osiągnął właściwie wszystko, co chciał, tak prawnie (w 1993 r. podpisano konkordat, ratyfikowany przez Sejm w 1998 r.), ideologicznie, światopoglądowo i symbolicznie, jak i materialnie. A co najważniejsze, udało mu się określić granice i sposoby dyskusji o swoich sprawach i interesach tak, że się po prawdzie w ogóle nie dyskutuje.
Warto przypomnieć i inne zdarzenia z 20 lat na linii państwo–Kościół: zakamuflowane próby finansowania z budżetu budowy Świątyni Opatrzności Bożej, sejmową propozycję intronizacji Chrystusa Króla, apel biskupów z 1994 r. do twórców nowej konstytucji, aby ustawa zasadnicza gwarantowała prawo do życia od poczęcia, ostrzeżenia najwyższych hierarchów, jeszcze pod koniec lat 90., że wstąpienie Polski do UE grozi utratą suwerenności (potem, pod wpływem Jana Pawła, nastąpiła zmiana stanowiska, choć nie u wszystkich biskupów). W 2006 r. po cichu dofinansowano z budżetu państwa papieskie wydziały teologiczne – pojawiły się kontrowersje, ale zostały uciszone z antyklerykalnego paragrafu.
Księża wskazywali ugrupowania, na jakie nie należy głosować, a potem publicznie dziwili się, jak biskup kielecki w 2001 r., że w wierzącym w 90 proc. społeczeństwie wygrywa formacja (SLD), która „gardzi zbawieniem”. Właściwie nikt specjalnie nie prostował, że funkcjonują układy: konkordat za konstytucję, zwrot majątku za Unię, nieruszanie ustawy antyaborcyjnej za łagodzenie nastrojów społecznych w kryzysowych latach na początku dekady. Mało kto już dziś pamięta, jakie boje toczyły się o konstytucyjne pojęcie neutralności religijnej państwa, w końcu – na życzenie hierarchów – zastąpiono je słowem „bezstronność”.
Zapewne na początku III RP rządzący widzieli w Kościele autorytet, który może tonująco wpływać na życie społeczne okresu wielkiej transformacji. Partie dopiero się tworzyły, ideowe formacje musiały okrzepnąć, stąd ustępstwa wobec hierarchii, której zdolności negocjacyjne i koncyliacyjne potwierdził czas PRL. Ale ten okres trwał dłużej niż czas budowy demokratycznego państwa, przychylność Kościoła przyjęto uważać za warunek konieczny powodzenia wszelkich projektów: dokończenia transformacji, uchwalenia konstytucji, akcesu do Unii Europejskiej. A potem nastał PiS, który już otwarcie próbuje wciągnąć Kościół polski do polityki.
Wieczne interesy
Po 1989 r. Kościół nie uległ pokusie i nie poparł jakoś szczególnie i wyjątkowo inicjatyw utworzenia „partii chrześcijańskiej” – polskiej chadecji. Ale przypomnijmy, że Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe powstało już miesiąc po powołaniu rządu Mazowieckiego, a później było jeszcze wiele prób wykorzystania autorytetu Kościoła w walce politycznej, jak choćby Wyborcza Akcja Katolicka w 1991 r. Oczywiście, te inicjatywy znajdowały jakieś wsparcie Kościoła, ale koncepcja była inna. Chodziło o to, by racje Kościoła i jego interesy były realizowane nie przez jedną siłę, a przez większość partii, co okazało się bardzo wydajnym pomysłem.
Wiesław Chrzanowski, działacz ZChN i WAK, tak wspomina po latach w wywiadzie dla „Polityki” swoje zaangażowanie polityczne po stronie Kościoła: „Przeprowadziliśmy skuteczną kampanię w sprawie religii w szkołach, wprowadzono ustawę antyaborcyjną (...), udało się storpedować, między innymi w porozumieniu z liberałami, wniosek o opodatkowanie kościelnej tacy. W sumie to Kościół skorzystał, a my zapłaciliśmy wysoką cenę. Walczyliśmy o sprawy, które wówczas nie cieszyły się powszechnym uznaniem, były kontrowersyjne”. Chrzanowski zauważa, że kolejne wcielenie „partii kościelnej” – czyli Ojczyzna powstała przed wyborami w 1993 r. – już nie dostało większego poparcia hierarchów.
Chrzanowski stawia tu ciekawą hipotezę: „(...) wyraźnie zanosiło się na zwycięstwo lewicy, a toczyły się ważne dla Kościoła sprawy, jak choćby ratyfikacja konkordatu. Postanowiono więc, że lepiej się nie angażować”. Widać tu zatem dwie kwestie o kapitalnym znaczeniu dla zrozumienia politycznego istnienia Kościoła katolickiego w ostatnich 20 latach: po pierwsze, nie ma on, podobnie jak dawniej Imperium Brytyjskie, wiecznych sojuszników, a jedynie wieczne interesy; po drugie, politycy gotowi są do popierania jego postulatów, nawet ze świadomością, że angażują się w sprawy, których większość społeczeństwa nie popiera. Widocznie uważają, że per saldo kiedyś im się to jednak opłaci.
Bo, rzeczywiście, większość polityków, włącznie z postkomunistyczną lewicą, układała się z Kościołem po jego myśli, nie szła z nim na żadną wojnę, tak jak gdyby przyjęto żelazną zasadę, że tu frontów się nie buduje, tu trzeba się dogadać, czyli ustąpić. Do rytuału należały audiencje w Watykanie, publiczne dawanie świadectwa swojej wierze, uczestnictwa w mszach, wyjątkowe honorowanie hierarchów.
Kto tego nie przestrzegał, ryzykował, że zaprzepaści szanse w walce politycznej, choć bardzo dawno nikt nawet nie sprawdzał, czy rzeczywiście tak jest. Donald Tusk w 2005 r., kilka tygodni przed wyborami prezydenckimi, wziął ślub kościelny; w ten sposób zdjął z wokandy łatwy do przewidzenia zarzut, jakiego mógł się spodziewać ze strony obozu przeciwników, że nie zachowuje się i nie żyje jak prawdziwy Polak katolik.
Ale też nie rozpatrywano kwestii, czy dla realnego elektoratu Platformy, wielkomiejskiego, wykształconego, w dużej mierze zlaicyzowanego, ta kwestia ma w ogóle jakieś znaczenie. Tusk zrobił to na wszelki wypadek. Bo wobec Kościoła wszyscy coś robią na wszelki wypadek. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mieliśmy i nadal mamy tu często do czynienia z grą pozorów i polityczną hipokryzją, z cynicznie realizowanym interesem: jeśli nawet nie ma co liczyć na sympatię hierarchów, to przynajmniej nie prowokujmy ich do okazywania niechęci i wspierania konkurentów. Ilu to chociażby polityków lewicy pokazywało swoje metryki chrztu i opowiadało o swoich posługach ministranckich w dzieciństwie?
Można w ciemno założyć, że Jarosław Kaczyński ma o ojcu Rydzyku opinię mniej więcej taką jak o Andrzeju Lepperze, ale przecież na luksus okazywania swoich uczuć i wyrażania szczerych myśli nie może sobie politycznie pozwolić. Więc będzie zachwycony wysłuchiwał tyrad ojca dyrektora w Częstochowie i kokietował zebranych tam pielgrzymów.
Prymas Rydzyk
Ta doczesna potęga miała zły wpływ na sam Kościół, który zamarł w jakimś letargu i w swojej zrutynizowanej obrzędowości. Niedawno Adam Szostkiewicz na łamach „Polityki” (15) pisał, że nieznane są dzisiaj ani cele Kościoła, ani środki do ich realizacji w sprawach społecznych, w duszpasterstwie, w kwestiach organizacyjnych i zarządzania.
Kościół, osierocony przez Jana Pawła II, nie ma dziś przywódcy. Faktycznym prymasem – najważniejszym duchownym w kraju – jest ojciec Tadeusz Rydzyk. Największą popularnością u samych hierarchów cieszy się arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, a arcybiskup Życiński zamilkł w Lublinie, kardynał Dziwisz nadal uczy się Polski i celebruje pamięć po Janie Pawle II, a na co dzień aparatem rządzi arcybiskup Józef Michalik.
Kościół ma nadal wiernych, lecz nie potrafi łączyć ich we wspólnotę widoczną choćby w dniach żałoby po śmierci papieża Polaka. Afery obyczajowe i lustracyjne, kłótnie polityczne, prawicowość niechętna Europie, zaściankowość polityczna i umysłowa to fakty i fenomeny, które są świadectwami kryzysu. Kogo wysłuchiwać w polskim Kościele, z kim się intelektualnie spierać i debatować? A jeszcze nie tak dawno stamtąd płynęły słowa i myśli, które nakazywały nawet najbardziej zagorzałemu ateiście zatrzymać się choć na chwilę.
Teraz nie ma frapującego przekazu, jest tylko powtarzanie starych wyświechtanych formułek. Zapewne dlatego swoje habity na kołku zawiesiło kilku znanych teologów polskiego Kościoła i zapewne dlatego w role kaznodziejskie weszło kilku fundamentalistycznych publicystów katolickich, przy których choćby wspomniany abp Życiński jawi się jako lewicowy liberał. Jeśli Kościół się o coś nie upomni, to oni mu o tym przypomną.
Wierni także uprawiają hipokryzję. Z Kościołem walczyć nie chcą i nie będą, poddają się presji instytucji, czy to w szkole, czy w życiu codziennym, zwłaszcza gdy jest ona odczuwana bezpośrednio, a więc przede wszystkim na wsi i w małych miastach. Wierzący żyją i myślą po swojemu, co pokazują badania religijności Polaków i ich wybiórczego stosunku do nakazów Kościoła, także obyczajowych.
Kościół ideowo słabnie, ale jego wpływy i pozycja są niezmiennie olbrzymie. Obłuda, strach, lenistwo uśpiły sam Kościół i jakąkolwiek demokratyczną debatę o jego pozycji i roli. Na polityków nie ma co liczyć. Hipokryzja jest wygodna. Sami, często dalecy od nauki Kościoła, nigdy nie podważą jego postulatów.
Otworzyć zamknięte debaty
Kiedy Polska zadomawia się w Unii Europejskiej, przyjmuje wiele prawnych, cywilizacyjnych, technologicznych standardów, to w kwestiach kulturowych, obyczajowych, etycznych, instytucjonalnych kilka debat się jeszcze nie zaczęło albo uwiędły w zarodku. Dlatego Polska staje się ewenementem, widzianym przez innych – nie bez przesady – jako państwo wyznaniowe, gdzie Kościół narzuca politykom ustrojowe rozwiązania.
Oczywistością stały się religia w szkole, krzyż w parlamencie, restrykcyjne prawo aborcyjne, konkordat, potępienie metody in vitro (w tej sprawie biskupi napisali ostatnio list do parlamentu). O formalnych związkach homoseksualnych żaden polski polityk nie chce nawet rozpocząć rozmowy. Realizuje się wciąż model PiS: Polska nowoczesna technologicznie, ale zarazem tradycyjna, swojska, religijna, odcinająca się od „gorszących” nowinek, z Kościołem, który zwalnia polityków od ideowych dylematów. Ta utopia wciąż tkwi w głowach polityków wszystkich formacji. Historia wielu krajów pokazuje zaś, że nie da się stworzyć takiej otwarto-zamkniętej hybrydy.
A postulaty Kościoła wrosły w polskie prawo i życie publiczne wieloma gałęziami. Wciąż powraca spór o wolne niedziele w handlu, o kolejne wolne dni w święta kościelne. Od wielu lat nie może się rozstrzygnąć kwestia neutralnego religijnie wychowania seksualnego w szkołach. W publicznej służbie zdrowia kobiety nie mogą dokonać zabiegu aborcji, nawet jeśli jest to przypadek dozwolony przez restrykcyjną ustawę.
Lekarze, powołując się na klauzulę sumienia albo po prostu z chęci uniknięcia ewentualnych kłopotów, odmawiają przeprowadzenia badań prenatalnych, sabotują regulacje, odwlekają zabiegi, odsyłają do innych szpitali. To już jest groźne, bo może prowadzić do ludzkich tragedii. Odmawia się też z powodów religijnych przepisywania recept na środki antykoncepcyjne...
Czas zatem rozpocząć na nowo debaty, za szybko kiedyś zamknięte i opatrzone pieczęcią nietykalności. Dyskusja o roli Kościoła to nie domena ateistów (którzy czują się mniejszością i niedługo w Krakowie planują swój marsz jako coming out), ale przejaw odpowiedzialności za stan demokracji i niezgody na tabuizowanie całych pól publicznego życia. Sondaż zlecony niedawno przez „Politykę” pokazał, że w takich sprawach jak zapłodnienie in vitro czy antykoncepcja znaczna większość Polaków, w tym przecież także katolików, ma zupełnie inne zdanie, niż głosi nauka Kościoła. Ale ta większość ma marginalną reprezentację w polskim parlamencie. W kwestii liberalizacji prawa antyaborcyjnego jest pół na pół. Nawet za eutanazją opowiada się kilkadziesiąt procent respondentów, ale i tu nie ma mowy o żadnej legislacyjnej, choćby śladowej dyskusji.
Badania miesięcznika „Więź” sprzed roku ujawniły, że ponad 80 proc. społeczeństwa uważa, iż Kościół nie powinien mieszać się do polityki państwa. Z tych samych badań wynika, że Kościół najgorszą opinię w społeczeństwie miał w latach 1989–1993, kiedy toczyły się główne batalie światopoglądowe (religia w szkole, aborcja, konkordat). Od 1993 r. aprobata dla Kościoła wzrastała (choć nigdy nie wróciła do poziomu z końcówki PRL), ponieważ hierarchowie, wywalczywszy swoje priorytety i uczyniwszy je „oczywistymi”, zeszli z widocznego pola walki. Od tamtego czasu działają po cichu, odzyskują majątek, pozyskują swoich polityków, dbają o utrzymanie prawnego status quo. Kościół jawi się więc teraz jako instytucja spokojna i wyważona. Ta siła spokoju wynika z politycznego sukcesu.
Trzeba nawoływać polityków, aby przestali się na zapas bać opinii biskupów i traktować stanowisko Episkopatu jak wyrocznię. Polityczne elity wykazują się fałszywą troską o Kościół, bo za wszystkimi ustawowymi prezentami nie idzie ta prawdziwa siła Kościoła, nie ma większej religijności, powołań, zmiany poglądów społeczeństwa w kierunku większego respektu dla nakazów katechizmu. Przesuwanie całych sfer życia ze sfery wyboru i sumienia w obszar przymusu daje tylko złudzenie mocy.
Polska, rzecz jasna, nie jest państwem wyznaniowym, to zbyt duży i nadużywany skrót myślowy, który tylko ułatwia zakwalifikowanie takiej krytyki jako niepoważnej. Ale jest państwem, w którym wiele norm prawnych jest przesiąkniętych konfesyjnym widzeniem spraw. To zaczyna się na poziomie komisji sejmowych, gdzie posłowie rywalizują o miano najlepszego katolika, przez konsultacje ze starannie dobranymi organizacjami, po wzajemne szantaże na sali plenarnej, gdzie szafuje się „wartościami chrześcijańskimi” i „prawem naturalnym”. Wydaje się, że świetna formuła w preambule konstytucji, godząca wierzących i niewierzących, słabo przenika do tworzonego na jej podstawie prawa.
Trzeba jednak stwierdzić jasno: to nie Episkopat wprowadził religię do szkół, ale władze świeckiego państwa. To nie Kościół jest odpowiedzialny za umocnienie swoich wpływów, choć robi wiele, aby je zdobyć. Główny ciężar odpowiedzialności spada na polityków, którzy zamiast bronić wartości republikańskich, głos Kościoła – ważny przecież, potrzebny i wart analizy – bardzo często traktują jako causa finita. Można im powiedzieć: stańcie się partnerami Kościoła, a nie wykonawcami. Nie bójcie się.
http://beta.polityka.pl/kraj/analizy/30 ... ii-rp.read
S4 | R8 | R90 | RE8 | RE90 || 10 | 11 || 105 | 136 | 167 | 178 | 184 | 186 | 414 | 523 | N43
O RLY? skoro to taka większość to skąd ta minimalna reprezentacja? Ciekawe kto według redaktorów do niej należy, SLD ma 13,5% mandatów, więc widocznie część jego posłów chodzi na pasku Watykanu.Ale ta większość ma marginalną reprezentację w polskim parlamencie.
Wszelcy redaktorzy Polityki i im podobni zapominają o jednym - ten wymarzony przez nich katolik, który wiarę zachowuje dla siebie i Kościół, który nie głosi wiary publicznie to zły katolik i zły Kościół.
აბგდევზთიკლმნოპჟრსტუფქღყშჩცძწჭხჯჰ
абвгґдеєжзиіїйклмнопрстуфхцчшщюяь
ابتثجحخدذرزسشصضطظعغفقكلمنهويةى
абвгґдеєжзиіїйклмнопрстуфхцчшщюяь
ابتثجحخدذرزسشصضطظعغفقكلمنهويةى