Edward Stachura, "Jeden dzień" [w]: "Opowiadania", Czytelnik, Warszawa 1982, t. 2- fr.
"... Dobre lato. Można usiąść gdzieś, na chodniku albo w polu się położyć, wszystko jedno, zamknąć oczy, a słońce dobre, ciepłe opada na powieki, całe lato masz na powiekach, bo lato to jest słońce dobre, ciepłe..."
"... Znowu boli. Znowu się to odzywa. Szeroko tak. Nieraz miałem coś takiego przy muzyce słuchając, a szczególnie przy śpiewaniu z chórami z tyłu odlegle. Tak, na pewno wtedy coś podobnego do teraz. Nie tyle może, ale podobnie. Szczególnie jak chóry wchodziły w muzykę czy w śpiewanie jednego. Tak wyrastały powoli z tyłu czy z boków, miękko i we mnie wtedy też coś się rozciągało, podnosiło się coś i chyliło jak trawa lub pola żytowe, kiedy wiatr. Tak, wiatr. Wiatr podnosił mi się mi się tam w środku przy muzyce słuchając i przy chórach nad wyraz. Ale czemu on bolał, ten wiatr? Czemu on boli, ten wiatr szeroki, bo tak mnie boli szeroko! Jak gdyby wielkie chóry nieprzeliczone zastępy otaczały mnie wkoło i ponad kołem głowy jeszcze i tym swoim śpiewaniem bolesnym przepastnym rozciągały mi serce na wszystkie strony świata promieniste..."
"...Tak. Nadzieja jest niedobra. Wiara jest dobra. Najlepsza. Ja wierzę niezmiernie. Ze wszystkich moich głębin wierzę głęboko. Ktoś mnie kiedyś odkryje na pewno. Wiem. Zawsze to wiedziałem. Kiedyś będzie dobrze. Kiedyś będzie tak, że ani jedna zmora nie będzie nade mną wisiała. Ani jedna panika nie będzie mnie ścigać, nie będzie mnie przeganiać z miejsca na miejsce. Nic mi nie będzie przesłaniać jasnego widoku. Ani jedna czarna pieczęć. Zawsze to wiedziałem. Dlatego wszystko wytrzymam. Najgorsze. Dlatego mogą sobie dyndać teraz zmory nad moją głową, raz wyżej, raz niżej. Tylko że nieraz tak blisko dyndają, że aż strach mnie ogarnia, szaleństwo mnie starszne ogarnia bojaźliwe, że nei daj Chryste Panie, jak jestem blisko końca końców. Ale to nie jest najgorsze jeszcze, bo wiara moja głębinowa zawsze wygrywa w końcu końców ostatecznym. Najgorsze są inne chwile, inne chwile dziejów: strachu wtedy nie mam najmniejszego, zmory mnie nie gnębią, nic, smutku też nie czuję, żadnego zmartwienia, wszystko jest właściwie dobrze jakby, nie myślę o niczym, i to jest właśnie to, o to właśnie chodzi, bo oto głowa zaczyna mi odchodzić gdzieś daleko, od wszystkiego, co znam, czego nie znam, ale sobie wyobrażam, co mogę sobie wyobrazić. Nie jest to marzenie, bo nie widzę obrazów wymarzonych, zresztą nie mogę, bo nie mam głowy. I nie wiem, gdzie ona jest. W gwiazdach się ona nie obraac, bo to jest dla niej chleb powszedni, to gdzie się ona obraca? Ale to nie jest najgorsze jeszcze. W ogóle to nie jest ani najgorsze, ani najlepsze, ani w ogóle nic, bo nie mam głowy, jak już powiedziałem. Najgorsze są chwile potem. Kiedy głowa powraca na miejsce z wędrówki nieznanej pozagrobowej. Te chwile. To są chwile beznadziejne. Ale najgorsze, że to są chwile bez wiary, muszę to powiedzieć, bez wiary wielkiej głębinowej w tamtego, który mnie odkryje. Muszę to powiedzieć i muszę powiedzieć, że mówię o tym bez skruchy, ale tak jest. O, tak. To są chwile beznadziejne. To są chwile bez wiary. Ratuje mnie tylko własne miłość wtedy, własne ubóstwianie, wiara w siebie jedynego. Mam twarz odwróconą do okna ciągle, czoło do szyby przyklejone, a myśli moje miłosne zanoszę do siebie samego..."
A ten ostatni fragment pochodzi z rozdziału pt. "Nocna jazda pociągiem"
