Trasa W-Z: aleja czarnych punktów
Karolina Kowalska2007-04-23, ostatnia aktualizacja 2007-04-22 22:22
Na warszawskich ulicach dramatycznie pogarsza się bezpieczeństwo pieszych. Ponad połowa ofiar wypadków wpada pod samochód na pasach. Listę czarnych punktów tradycyjnie otwiera przejście przez Trasę W-Z koło Starówki
- Miasto robi wszystko, żeby poprawić sytuację kierowców, poszerzając i remontując drogi. Organizacje pozarządowe walczą o ścieżki rowerowe. A nikt nie myśli o pieszych - uważa Ilona Butler z Centrum Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. - Co gorsza giną głównie na pasach, czyli w miejscach przeznaczonych dla nich. To już prawdziwy dramat.
Zarząd Dróg Miejskich przedstawił właśnie raport o wypadkach w Warszawie z najnowszymi danymi. A minister transportu Jerzy Polaczek ogłosi dziś program poprawy bezpieczeństwa na drogach w całym kraju. Jest dobra wiadomość: w stolicy liczba zabitych w wypadkach (109) była w zeszłym roku najniższa od 12 lat. Przybyło jednak śmiertelnych ofiar wśród pieszych (wzrost z 67 do 76 osób). Najczęściej ginęli na skrzyżowaniach i drogach szybkiego ruchu. Pięcioro w katastrofie na Żeraniu, gdy pędzący samochód wpadł na przystanek autobusowy.
Aż sześć osób zostało rannych, a jedna zginęła na pasach u wylotu tunelu Trasy W-Z pod Starówką. To feralne przejście od lat powtarza się w statystykach jako najczarniejszy punkt na drogowej mapie miasta. Codziennie tłumy ludzi idą tędy do zatrzymujących się na środku jezdni tramwajów. W sobotnie popołudnie przejście próbowała sforsować pani Maria, 70-letnia emerytowana nauczycielka. - Kierowcy jeżdżą tu jak wariaci, a ja nie jestem już tak sprawna jak dawniej. Nie raz musiałam się w tym miejscu cofać na chodnik - skarżyła się "Gazecie".
Wiceszef warszawskiej drogówki podinsp. Wojciech Pasieczny przyznaje, że policja nie może sobie poradzić z czarnym punktem na Trasie W-Z. - Wprowadziliśmy nawet stałe patrole. Codziennie w godzinach porannego szczytu od 7 do 9 bezpieczeństwa pilnuje tam dwóch policjantów. I nawet mimo naszej obecności kierowcy nie ustępują pierwszeństwa pieszym idącym na przystanek albo wychodzącym z tramwaju - mówi podinsp. Pasieczny.
Al. "Solidarności" to w ogóle najniebezpieczniejsza ulica w Warszawie. Aż cztery jej skrzyżowania znalazły się w pierwszej dziesiątce tych, na których najczęściej dochodzi do wypadków. W zeszłym roku aż osiem osób zostało rannych u zbiegu z al. Jana Pawła, a dziesięć - przy Targowej (jedna zginęła). Dwie starsze osoby wpadły pod samochód na wysokości Bielańskiej.
Policja twierdzi, że piesi też nie są tu bez winy, bo przechodzą przez jezdnię na czerwonym świetle albo w niedozwolonym miejscu. Będą więc dostawać 250-złotowe mandaty. Jednak zdaniem Ilony Butler karanie pieszych nie ma sensu. - Czy to ich wina, że przejście przez ulicę grozi śmiercią? Czy to normalna sytuacja, że mieszkaniec miasta nie może się po nim swobodnie poruszać? - pyta.
Komentarz
W ten weekend byłem świadkiem kilku chamskich i bezmyślnych wyskoków kierowców wobec pieszych. Najgorzej wyglądał ten na Ursynowie: przez dwupasmową al. KEN na pasach próbuje przejść para z dzieckiem w wózku. Zwalniam, zatrzymuję się - są już na środku jezdni. Nagle tuż przed wózkiem z dużą prędkością przejeżdża nowa toyota. Kierowcy nie przyszło nawet do głowy, że ktoś może się zatrzymać, by przepuścić pieszych. Zaledwie ułamek sekundy i kilkadziesiąt centymetrów zdecydowały o tym, że zamiast trzech trupów więcej w policyjnych statystykach, wciąż mamy młodą rodzinę.
Wiele lat mieszkałem w Norwegii, która może stanowić wzór najwyższej kultury na drogach. Kiedy odwiedzają mnie znajomi stamtąd, zawsze muszę im przypominać, jak przetrwać w krainie prostactwa panującego na naszych drogach. Muszę przekonywać, że nie wystarczy zbliżyć się do pasów, by wszyscy zatrzymali się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I to bez pisku opon. Wbijam im do głowy, że u nas nie ma pojęcia "miękki użytkownik drogi", czyli pieszy lub rowerzysta. U nas liczy się tylko "twardy" - w pancerzu za kierownicą. To on dyktuje warunki. To pieszy na pasach musi zwalniać, zatrzymać się lub przyspieszać, by ujść z życiem. Nie powinien też nagle "wtargnąć na jezdnię". Nawet jeśli ma zielone światło, bo przecież najpierw tuż przed nosem przejadą auta skręcające w prawo na strzałce.
Dariusz Bartoszewicz