Ja jeszcze na chwilę wrócę do poprzedniego tematu:
Rosa pisze:Ponieważ wiedziałem i widziałem że wszystko totalnie jest zakorkowane nie wsiadłem w 170 tylko w 28 które akurat podjechało na przystanek. 28 szybko dojechała na Starzyniaka gdzie wyprzedziła poprzednią brygade 170 więc szybko przesiadłem się do autobusu.
Wnioski, tramwaj duuuużo szybszy ale co z tego skoro w tramwaju miałem miejsce siedzące bo było w miare pusto (za przystankiem M Dworzec Gdański) natomiast w 170 wszystkie miejsca były zajęte.
Mam taką małą, rewolucyjną ideę: czy przypadkiem nie powinno się w Warszawie zacząć myśleć (przynajmniej do póki korki będą się zwiększać, o ile w ogóle możliwe jest ich drastyczne zmniejszenie) o liniach, które kursują... wyłącznie poza godzinami szczytu i w weekendy? Ewentualnie o skróconych kursach linii w godzinach szczytu? (skróconych tam, gdzie jest szyna)
Przykład Rosy pokazuje, że kilka brygad z tak skróconego 170 w godzinach szczytu (np. do pl. Hallera) dałoby się odzyskać. Nie stałyby one w korku w godzinach szczytu. Pasażerowie w wielu przypadkach już obecnie woli jechać po szynie (jeśli to możliwe) w celu ominięcia korków.
Wiadomo: w godzinach szczytu (najbardziej rannego) liczy się czas. W międzyszczycie i w weekendy ludziom tak się nie spieszy i stają się bardziej wygodniccy.
Przykładem jest 520 na starej trasie. Sam widziałem na placu Bankowym zapełnionego przeguba jadącego z Żoliborza. Ale o godzinie 6 rano. "Wcześniejsi" pasażerowie jechali bezpośrednio, bo było bez korków i wygodniej (bez przesiadki). "Późniejsi" pasażerowie woleli dojechać szybciej, za cenę zejścia na peron metra.
Wozokilometry zaoszczędzone w tygodniu, mogłyby być wykorzystane w weekendy.
Wadą jest to, że należałoby zainwestować w tabor szynowy, który niekoniecznie byłby wykorzystany w weekend. Choć, kto wie?
Oczywiście jest to tylko pewien koncept, zakładający zmianę sposobu myślenia, również wśród pasażerów. Jednak - co Wy na to?