
W odpowiedzi na pytanie zadane w tytule wątku taka sytuacja z Radomia, z dzisiaj. Ulicami mojego osiedla snuje się w ślimaczym tempie coroczna procesja różańcowa. Jest akurat na odcinku ulicy, po którym kursują autobusy. Jadę tym autobusem. Kierowca dojeżdża do tyłu procesji, która akurat ma ołtarzostop. Staje za nimi i nie wie, co dalej robić. Procesja też stoi w miejscu, a do skrzyżowania, na którym mają zejść z tej drogi, zejdzie im jeszcze zapewne minimum 10-15 minut. Pasażerowie zaczynają tracić cierpliwość, ktoś wspomina o tym, że nie zdąży na przesiadkę. Podchodzę zatem do kierowcy i podpowiadam objazd (powodujący wydłużenie trasy tylko o jakieś 400 metrów i bez ominięcia żadnego przystanku):
- Może pan na tym skrzyżowaniu skręcić w lewo i wyjedzie pan do ulicy Struga. Nie ominie pan żadnego przystanku.
- Na którym skrzyżowaniu?
- No na tym, 20 metrów przed panem.
- Przecież procesja na nim stoi. Co pan, nietutejszy pan jest?
- No właśnie tutejszy jestem i widzę, gdzie jest skrzyżowanie, a gdzie ludzie.
W tym momencie do okna kierowcy podszedł człowiek w odblaskowej kamizelce (jeden z kilku, którzy zabezpieczali trasę przemarszu i kierowali ruchem) i powiedział mu dokładnie to samo, co mówiłem mu chwilę wcześniej, czyli skręt w lewo na tym rzekomo zablokowanym skrzyżowaniu. Wyjaśnił mu też dokładnie trasę ("w lewo, a potem w prawo"), ale kierowca najwidoczniej nie potrafił pojąć tej skomplikowanej operacji, bo jeszcze dwa razy dopytywał się człowieka w kamizelce o wskazaną trasę. No i teraz moja dalsza konwersacja z kierowcą:
- To ja panu pokażę tę trasę.
- A co tu jest do pokazywania?
- Wie pan co, chciałem panu pomóc i podpowiedzieć, jak szybciej stąd wyjechać, no ale skoro pan nie chce, to nie!
- A to takie ciężkie, że trzeba pomagać? Mnie się nie spieszy, ja tu mogę i pół godziny stać.
- Ale ludziom się spieszy.
- A co mnie to obchodzi?
W tym momencie dyskusję zakończyłem, bo stwierdziłem, że nie mam ochoty na kłótnię z gburem. Objazdem w końcu pojechał.