Nie wiem czy ten temat był poruszany, nie wiem czy nie powinienem tego napisać w temacie "o wnerwiających współpasażerach", ale głównie chodzi o bezpieczeństwo.
Jak wiadomo w godzinach szczytowych linie są zatłoczone, ludzie siedzą inni stoją, zaraz jest przystanek, trzeba wstać lub podejść do drzwi i ... jednej rzeczy do cholery zrozumieć nie potrafię. Ludzkiego zachowania w momencie dojeżdżania do przystanku. Dla mnie logiczną rzeczą jest, że jak autobus czy tramwaj stoi na światłach, a za nimi ma przystanek to wstaję i przechodzę do drzwi, by nie narażać nikogo na upadek czy uderzenie w poręcz głową w momencie jak zarzuci pojazdem.
Dajmy na to przykład: Autobus zatłoczony, ja zmuszony do stania przy drzwiach trzymam się poręczy, a tu nagle ktoś wstaje na chwilę przed wjazdem do zatoczki. Osoba siedząca obok ledwie wstała i już poleciała na kogoś, bo pojazd hamuje, a osoba przeciskająca się naciska swoim cielskiem na moją rękę w momencie wjazdu już w zatoczkę, ja się nie puszczam do momentu, aż całkowicie pojazd nie stanie lub nie wyhamuje do prędkości, przy której poczuję się bezpieczny. I tu ciekawostka! O ile młoda osoba spojrzy na ciebie i zrozumie o co chodzi, to starszy człowiek (najczęściej kobiety) spojrzą się na ciebie wrogo "że jak to nie chcesz jej puścić do drzwi".
Oczywiście są sytuacje, w których niema takiej dogodności jak światła, wtedy na ogół wybieram w miarę długi prosty odcinek, dostatecznie wcześnie i powoli przedostaję się do drzwi pytając, czy osoba przede mną przypadkiem nie wysiada.
Jak nie znam trasy, to wstaję lub przechodzę powoli od przystanku poprzedzającego.... Dla mnie to jest proste i wiem, że nikt nie ucierpi przeze mnie, bo chcę wysiąść i należy mnie przepuścić. Pocieszam się tym, że jest trochę osób z olejem w głowie, ale wyżej opisane (niebezpieczne moim zdaniem) zachowanie niestety dotyczy ludzi w każdym wieku...
To chyba wszystko.... Wyżaliłem się
