
A jednak, dzięki dwóm genialnym decyzjom władz miejskich, zostało pięknie utrzymane obecne gówniane status qou.
Mianowicie:
- podwyżka cen biletów stała się faktem,
- MPK stało się podmiotem wewnętrznym.
Żeby jednak było ciekawiej, to MPK dostało pulę 6,5 mln wzkm rocznie. Cóż to oznacza? Dokładnie to, że
nie będzie żadnych przetargów na brygady.
Czyli oprócz tego, że będzie drożej, nic się nie zmieni. Szmelc taborowy będzie jak był (stawka za wzkm na wielkopojemnych jest za 20-letnie złomy (NG 272) wyższa, niż ITS ma w Warszawie za przegubowe Lionsy), częstotliwości zostaną bez zmian. Cóż, pasażerów będzie ubywało, a to najpewniej skończy się cięciami i wzrostem deficytowości komunikacji.
Na osłodę rzucą nikomu niepotrzebny plastik, który przy radomskiej mentalności prawdopodobnie skończy się "syndromem białostockim" (braki biletów w kioskach, żeby zmusić pasażerów do płacenia elektronicznie za przejazdy).
Na koniec, dość dobry cytat z Wyborczej:
"Miasto nie zachęca też radomian, by rezygnowali z własnych aut. Autobusy są stare i jeżdżą rzadziej niż jeszcze kilka lat temu (łączące cztery olbrzymie osiedla ze śródmieściem 7 i 9 w godzinach szczytu kursują co 10 minut!), nawet w centrum można bez problemu znaleźć dziki bezpłatny parking. Kto zrezygnowałby z takiej wygody?"
Cóż, uściślając, to nawet nie trzeba samochodu... Większość relacji można pokonać pieszo w ciągu około 30 minut...
