: 13 kwie 2012, 13:39
Tak, ,,zeusie'', niekonsekwentni, a wynika to z tego, że tak naprawdę tamten temat nie został zamknięty, bo jednego dobrego rozwiązania nie ma. Nie widziałem nigdie wzoru pozwalającego niezawodnie wychwycić moment kiedy ,,dostępny'' staje się ,,socjalnym'' tj. nieatrakcyjnym dla przeciętnego Kowalskiego (patrz: Obozowa).
Powtórzę się. Zawsze trzeba szukać punktu, w którym wzrost dostępności dla nielicznych przestaje równoważyć niedogodność dla większości. O ile dobrze słyszałem, to w wielu krajach koleje regionalne obsługują ,,śmieszne stacyjki'' co ileś kursów. I to działa, bo nie może być tak, że dla 3 domów w krzakach zatrzymuje się 5 pociągów na godzinę. Przykład kolejowy nie jest od czapy, skoro ze Wschodniego do Siedlec jedzie się niewiele dłużej niż z Bemowa na Marysin.
Warszawskie tramwaje nie jeżdżą 120 km/h i powoduje to myślenie, że ,,jeszcze jeden'' przystanek im nie zaszkodzi. Dochodzi do tego antytramwajowa sygnalizacja i mamy efekt: ludzie (poza najbardziej zakorkowanymi ciągami, ale na korki jest sposób - pasy autobusowe) unikają tramwajów jak ognia. Jak zagonić lud do tramwajów? Zmniejszyć atrakcyjność autobusów (dodać przystanków, osłabić (patrz 521))!
Nie poprawiwszy niczego, a sztucznie zmusiwszy ludzi do podróży tramwajami, wyciągnięto wniosek: skoro można pasaźerów do pseudosocjali, to uczernijmy co się da, załatwimy problem dostępności bez zastanawiania się, ile wozów potrzeba do obsługi danego ZP.
Pełzające pogarszanie oferty musi w końcu spowodować odwrócenie się pasażerów od komunikacji publicznej. Ileż można jechać na tym, że paliwo drogie?!
[ Dodano: |13 Kwi 2012|, 2012 13:52 ]
Na skok jakościowy (metro) nas nie stać, więc ciułanie minutek jest w cenie.
Powtórzę się. Zawsze trzeba szukać punktu, w którym wzrost dostępności dla nielicznych przestaje równoważyć niedogodność dla większości. O ile dobrze słyszałem, to w wielu krajach koleje regionalne obsługują ,,śmieszne stacyjki'' co ileś kursów. I to działa, bo nie może być tak, że dla 3 domów w krzakach zatrzymuje się 5 pociągów na godzinę. Przykład kolejowy nie jest od czapy, skoro ze Wschodniego do Siedlec jedzie się niewiele dłużej niż z Bemowa na Marysin.
Warszawskie tramwaje nie jeżdżą 120 km/h i powoduje to myślenie, że ,,jeszcze jeden'' przystanek im nie zaszkodzi. Dochodzi do tego antytramwajowa sygnalizacja i mamy efekt: ludzie (poza najbardziej zakorkowanymi ciągami, ale na korki jest sposób - pasy autobusowe) unikają tramwajów jak ognia. Jak zagonić lud do tramwajów? Zmniejszyć atrakcyjność autobusów (dodać przystanków, osłabić (patrz 521))!
Nie poprawiwszy niczego, a sztucznie zmusiwszy ludzi do podróży tramwajami, wyciągnięto wniosek: skoro można pasaźerów do pseudosocjali, to uczernijmy co się da, załatwimy problem dostępności bez zastanawiania się, ile wozów potrzeba do obsługi danego ZP.
Pełzające pogarszanie oferty musi w końcu spowodować odwrócenie się pasażerów od komunikacji publicznej. Ileż można jechać na tym, że paliwo drogie?!
[ Dodano: |13 Kwi 2012|, 2012 13:52 ]
Nie pracujesz przypadkiem w PLK? Tam przodują w ciągłym grzebaniu w liniach kolejowych, poprawianiu, ale tak, żeby czas przejazdu nie spadł za bardzo. W końcu, było gorzej, a ludzie też jeździli... 10 minut to wieczność, jeśli nagle coś Ci się zepsuje i o 18 zastanawiasz się, czy zostawić rzecz do następnego dnia, czy pojechać i kupić od razu. Wtedy 2x10 minut już się liczy. Jak czułbyś się gdyby pracodawca nie dawał Ci jakichś nędznych podwyżek, tylko zaczekał 5 lat, żeby dać tyle, abyś naprawdę poczuł w portfelu?fraktal pisze:A jak dotrzesz pięć minut później, to będziesz zły, wściekły, smutny i powiesz: Kurczę, mogłem być w domu już o 20.00, a tymczasem dotarłem dopiero na 20.10?
Na skok jakościowy (metro) nas nie stać, więc ciułanie minutek jest w cenie.