Grodzenie wymusza kontrogrodzenie (...)
- Ogrodzenie ma na razie znaczenie psychologiczne - tłumaczy wiceprezes. - Jest komunikatem, że teren nie jest niczyj, że ma właściciciela
Silnik forum został zaktualizowany.
Możliwe są utrudnienia w dostępie w najbliższych dniach. Raportowanie problemów: temat Błędy SQL w Sprawach Technicznych
Możliwe są utrudnienia w dostępie w najbliższych dniach. Raportowanie problemów: temat Błędy SQL w Sprawach Technicznych
Grodzenie miasta
Moderatorzy: Poc Vocem, Dantte
A co Cię tak zdziwiło, bo nie chwytamemdegger pisze:Grodzenie wymusza kontrogrodzenie (...)
- Ogrodzenie ma na razie znaczenie psychologiczne - tłumaczy wiceprezes. - Jest komunikatem, że teren nie jest niczyj, że ma właściciciela
"Grodzenie wymusza kontrogrodzenie" - przede wszystkim jako myśl pojęta ogólnie. Coś niewyobrażalnie głupiego, o nieobliczalnych konsekwencjach. Takie myślenie rodzi tylko spiralę separacji i akcentowania swojej odmienności. Widać to doskonale na przykładzie Bródna, gdzie mieszkańcy starych bloków budowanych dla pracowników FSO patrzą z obrzydzeniem na "jaśniepanów" pobudowanych na wolnych placach wewnątrz osiedla (ręce opadają) oraz tych, którzy mieszkają na nowoczesnym osiedlu u zbiegu Wincentego i Kondratowicza (tj. "Zielone Zacisze", tak?). Nawet jeśli przebija przez nich zazdrość z powodu lepszego statusu materialnego współmieszkańców, to nikt mnie nie przekona, że nie towarzyszy tym ludzie poczucie odtrącenie i niższości. A w kontekscie ktorego osiedla kluczowe słowa padły to już naprawdę nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia.
"Coś ci powiem chłopcze! Gdy będziesz wracał do domu dziś wieczór, a jakiś psychopata rzuci się na ciebie z garścią malin, nie przyłaź mi tutaj skomleć." - John Cleese
Owszem, towarzyszy im poczucie odtrącenia. To z pewnością. Choć już o poczuciu niższości przekonany nie jestem. Zaś to pierwsze jest IMHO zupełnie naturalne i uzasadnione. Każdy normalny człowiek w ten sposób się poczuje, gdy obok jego otwartego domu, ktoś postawi twierdzę z fosą i siedmioma ostrokołami oraz ochroną. Nie widzę w tym nic dziwnego, ani głupiego. Jeśli chce się wyeliminować negatywne zjawisko, jakim jest niewątpliwie samonakręcająca się "spirala separacji i akcentowania swojej odmienności", to trzeba wyeliminować przede wszystkim czynnik sprawczy, czyli powstawanie coraz to nowych "oaz lepszości", szczególnie wewnątrz istniejących, zintegrowanych osiedli, a nie walczyć ze skutkami. Tym bardziej, jeśli miałoby się to sprowadzać do walki z ludzką naturą. Dla mnie to jest oczywiste.emdegger pisze:"Grodzenie wymusza kontrogrodzenie" - przede wszystkim jako myśl pojęta ogólnie. Coś niewyobrażalnie głupiego, o nieobliczalnych konsekwencjach. Takie myślenie rodzi tylko spiralę separacji i akcentowania swojej odmienności. Widać to doskonale na przykładzie Bródna, gdzie mieszkańcy starych bloków budowanych dla pracowników FSO patrzą z obrzydzeniem na "jaśniepanów" pobudowanych na wolnych placach wewnątrz osiedla (ręce opadają) oraz tych, którzy mieszkają na nowoczesnym osiedlu u zbiegu Wincentego i Kondratowicza (tj. "Zielone Zacisze", tak?). Nawet jeśli przebija przez nich zazdrość z powodu lepszego statusu materialnego współmieszkańców, to nikt mnie nie przekona, że nie towarzyszy tym ludzie poczucie odtrącenie i niższości. A w kontekscie ktorego osiedla kluczowe słowa padły to już naprawdę nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia.
To, że czegoś nie napisałem lub że jakiegoś stwierdzenia nie da się wywieść z mojej wypowiedzi (lub, dodajmy,z jej fragmentów), nie oznacza, że nie mogę się z tym zgodzić. Obydwaj macie rację, tyle że problem sygnalizowany przez Ciebie jest w praktyce tylko do częściowego zminimalizowamia - niemożliwe jest jego usunięcie. Natomiast działania postulowane przez Dennisa są do wypracowania na płaszczyźnie stosunków państwo - obywatele (regulacje prawne, nakłady na bezpieczeństwo etc.)MeWa pisze:czynnikiem sprawczym jest szeroko rozumiany brak poczucia bezpieczeństwa. A tego tak szybko, jeśli w ogóle, to nie naprawisz...Dennis pisze:trzeba wyeliminować przede wszystkim czynnik sprawczy, czyli powstawanie coraz to nowych "oaz lepszości"
GW pisze:Warszawska debata o grodzeniu osiedli
Dariusz Bartoszewicz, ostatnia aktualizacja 2006-10-30 23:07
W zastraszającym tempie rośnie liczba grodzonych i strzeżonych osiedli. W Warszawie mamy już ich ok. 400. Ale w Ameryce Południowej jest gorzej
Domy za płotem i place zabaw przypominające spacerniaki z furtką otwieraną kodem wciąż budzą ogromne emocje. Nie brakowało ich wczoraj na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, gdzie odbyło się spotkanie "Zamieszkiwanie w rosnącej Warszawie".
Gall Podlaszewski, współorganizator dyskusji: - To podsumowanie ogólnopolskiego przedsięwzięcia AD PUBLICANDUM, które trwało rok. Warszawska grupa studentów architektury robiła badania na wybranych fragmentach miasta i zaprosiła do dyskusji psychologów środowiskowych.
A ci nie pozostawili żadnych wątpliwości. - Osoby nastawione pozytywnie do grodzenia osiedli deklarują niższy stopień zaufania społecznego wobec innych ludzi - zauważyła prof. Maria Lewicka, psycholog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Można rozumieć to tak - boimy się, że wśród ludzi z drugiej strony ulicy trafi się jakiś łobuz, złodziej, wandal lub rozrabiaka, dlatego wolimy się odizolować płotem. Z kolei na bliskich sąsiadów z tej już naszej ogrodzonej "wspólnoty" oko mieć będzie ochroniarz i kamera na słupie. Dlaczego tak jest? Bo jak przypomniała prof. Lewicka, "Polskę charakteryzuje najniższy poziom zaufania społecznego wśród krajów europejskich".
Naturalnie, zawsze może być gorzej, o czym przypomniała Katarzyna Zaborska, architekt i psycholog. Choć robi doktorat (pod kierunkiem prof. Lewickiej) z naszych osiedli zamkniętych, przytoczyła również przykład Sao Paulo. - Mieszka tam 17 mln ludzi. Jest 2 mln ochroniarzy. Co roku sprzedaje się ok. 4 tys. osobowych samochodów opancerzonych. Najbogatsi latają helikopterami. Jedna trzecia żyje tam na osiedlach strzeżonych - przypomniała doktorantka.
Jak wynika z jej badań, między 39 a 50 proc. klientów targów mieszkaniowych szuka lokum za płotem, tylko jedna czwarta go nie chce.
W czasie dyskusji nie mogło zabraknąć przykładu grodzenia doprowadzonego do absurdu, czyli osiedla Marina Mokotów u zbiegu al. Żwirki i Wigury z Racławicką. Cały ogromny teren (w sumie 32 ha) jest ogrodzony, a ponadto płoty mają też poszczególne budynki. - Wyjaśniam, dlaczego tak się stało. Po zbudowaniu ulic na terenie Mariny przez dewelopera, okazało się, że miasto odmówiło przejęcia nad nimi kontroli. Wtedy zapadła decyzja o warstwowym grodzeniu - zdradził architekt Stefan Kuryłowicz, główny projektant tego "miasta w mieście" ze szlabanem na wjeździe i strażnikiem w budce.
Prof. Marek Budzyński przekonywał, że zawsze można szukać złotego środka i dokonać syntezy przeciwieństw. - Modelowe rozwiązanie udało się nam zrealizować na osiedlach przy parku Jana Pawła II. Podwórka są zamknięte, a budynki stoją przy ulicy i mają sklepy na parterach. Tam obrót mieszkań po prostu się skończył. Nikt ich nie sprzedaje - przekonywał architekt.
Po chwili zaatakował Stefana Kuryłowicza za projektowanie domów w zielonych klinach - Mariny Mokotów oraz Eko Parku przy Polu Mokotowskim. - To zawłaszczanie przestrzeni publicznych. Dramat po prostu - przekonywał.
- Przecież tam, gdzie teraz powstaje Eko Park, prawie nikt wcześniej nie chodził. Nawet to kiedyś badaliśmy. Przez tydzień doliczyliśmy się sześciu osób i dwóch psów - bronił się Stefan Kuryłowicz.
- Ty w ogóle tego nie rozumiesz. Teren zielony poprawiał klimat w tej części Warszawy. A został zabudowany - irytował się Marek Budzyński.
O Kuryłowiczu mam swoje zdanie i nie jest ono najlepsze. I po tej wymianie zdań raczej go nie zmienię. Wygląda na to, iż on faktycznie niewiele rozumie z prawideł urbanistyki. Ja, półignorant w tej materii jestem świadom, iż kliny napowietrzające nie tyle poprawiają klimat miasta, ile w skrajnych przypadkach ratują je przed uduszeniem, a on tego nie wieMarek Budzyński pisze:- Ty w ogóle tego nie rozumiesz. Teren zielony poprawiał klimat w tej części Warszawy. A został zabudowany.
ale to właśnie klimat(fakt, że mikro i trochę to naciągane), ale niedopuszczenie do powstania smogu, napływ świeżego powietrza to własnie wpływanie na (mikro)klimatDennis pisze:kliny napowietrzające nie tyle poprawiają klimat miasta, ile w skrajnych przypadkach ratują je przed uduszeniem
აბგდევზთიკლმნოპჟრსტუფქღყშჩცძწჭხჯჰ
абвгґдеєжзиіїйклмнопрстуфхцчшщюяь
ابتثجحخدذرزسشصضطظعغفقكلمنهويةى
абвгґдеєжзиіїйклмнопрстуфхцчшщюяь
ابتثجحخدذرزسشصضطظعغفقكلمنهويةى
Ok. Miałem na myśli fakt, że kliny napowietrzające stanowią coś więcej (nie: co innego!), niż czynnik poprawiajacy jedynie (mikro)klimat w mieście.Tm pisze:ale to właśnie klimat(fakt, że mikro i trochę to naciągane), ale niedopuszczenie do powstania smogu, napływ świeżego powietrza to własnie wpływanie na (mikro)klimatDennis pisze:kliny napowietrzające nie tyle poprawiają klimat miasta, ile w skrajnych przypadkach ratują je przed uduszeniem
- Bastian
- Sułtan Maroka
- Posty: 36246
- Rejestracja: 13 gru 2005, 14:08
- Lokalizacja: Gdzieś tam na północy...
Wracam do jednego z moich ulubionych tematów... 
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75480,4530848.html

http://www.gazetawyborcza.pl/1,75480,4530848.html

Polsko, otwórz się
Katarzyna Surmiak-Domańska
2007-10-02, ostatnia aktualizacja 2007-09-28 17:16
Do nas przyjeżdżają geografowie i urbaniści z Niemiec, żeby studiować zjawisko osiedli zamkniętych. Rozmowa z profesor Marią Lewicką i jej doktorantką Katarzyną Zaborską z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego
Co robi na paniach największe wrażenie w osiedlach zamkniętych?
Maria Lewicka: Może dzieci...
Katarzyna Zaborska: Na pewne osiedle zamknięte przeniknęły raz dzieci z sąsiadującego z nim osiedla otwartego. Te z zamkniętego początkowo były zadowolone, że jest więcej towarzystwa. Zaczęła się zabawa, jakaś gra, rywalizacja. Było miło, dopóki dzieci z otwartego nie zaczęły wygrywać. I wtedy rezolutny chłopiec z zamkniętego poszedł po ochroniarza. Kazał mu wyprosić tamte dzieci, bo to nie ich podwórko.
M.L.: Przygnębiające są place zabaw. Piaskownica z huśtawką ogrodzona płotem. Chyba to niezbyt dla dzieci atrakcyjne.
Dlaczego?
M.L.: Bo przypomina klatkę. Dzieci muszą mieć przestrzeń otwartą, którą mogą samodzielnie eksplorować. Dzikie tereny, jakaś górka w pobliżu, z której można zjeżdżać na sankach, drzewo, na które można wejść.
K.Z.: W osiedlu Marina Mokotów, pięciotysięcznym miasteczku o powierzchni 32 ha ogrodzonym murem, każdy z bloków jest dodatkowo ogrodzony osobnym płotem. Jest plac zabaw zbiorczy i są place przydomowe zamykane na kod. Dziecko nie może spontanicznie zacząć bawić się z innym, bo dzieli je płot.
M.L.: Miejmy nadzieję, że dzieci z Mariny zrobią dziurę w płocie. Dzieci zawsze robiły dziury w płotach.
Niedawno zakończyły panie badania w dziewięciu warszawskich osiedlach zamkniętych. Ankietowały panie 295 mieszkających tam osób.
K.Z.: Teraz dla porównania badamy mieszkańców osiedli otwartych sąsiadujących z zamkniętymi. Interesują nas ich wzajemne relacje. Jak łatwo się domyślić, nie zawsze są one najlepsze. Przy czym, co ciekawe, większa jest niechęć mieszkańców osiedli otwartych do zamkniętych niż odwrotnie.
M.L.: Zaczyna się od tego, że gdy w środku blokowiska wyrośnie nagle nowe zamknięte osiedle, zmienia ono życie dotychczasowych mieszkańców. Na trasie wytartego skrótu do autobusu czy do osiedlowego sklepu wyrasta płot i trzeba nadkładać drogi. Teren osiedla otwartego traktowany jest jako gorszy, tu mieszkańcy zamkniętego wyprowadzają psy, a ich goście parkują swoje samochody, żeby uniknąć nużącej rozmowy z ochroniarzem. Dzieci z osiedla otwartego nie mogą korzystać z placu zabaw na zamkniętym, ale dzieci z zamkniętego chodzą bawić się na otwarte, bo tam jest fajniej. Nic dziwnego zatem, że osiedla otwarte, położone w sąsiedztwie zamkniętych, też zaczynają się grodzić.
K.Z.: W ramach protestu pewni mieszkańcy osiedla otwartego wtargnęli raz na teren zamkniętego i zrobili sobie pod oknami sąsiadów grill z głośnymi śpiewami i krzykami.
M.L.: Jedna z naszych studentek zapytała 30 osób z osiedla zamkniętego i 30 osób z sąsiadującego z nim osiedla otwartego, jak rozdzieliłyby hipotetyczną kwotę pieniędzy spółdzielni pomiędzy swoje osiedla, biorąc pod uwagę takie cele jak malowanie klatek, obniżenie czynszu, odnowienie placu zabaw dla dzieci itp. "Otwarci" przyznawali sobie zdecydowanie więcej. Natomiast "zamknięci" dzielili po równo, a nawet więcej przyznawali otwartym.
Jak to wytłumaczyć?
M.L.: Tym, że większość osób, które teraz mieszkają na osiedlach zamkniętych, kiedyś mieszkała na otwartych - przeprowadziła się w wyniku awansu społecznego. Znają ludzi z osiedli otwartych i potrzeby ich osiedli, które zwykle są większe niż osiedli zamkniętych. Natomiast ci, którzy pozostali na przestrzeni otwartej, często patrzą na ogrodzonych sąsiadów z niechęcią. Przypisują im bogactwo, snobizm, mniejszą otwartość na obcych. Z drugiej jednak strony badania, które w 2002 roku przeprowadził profesor Jałowiecki, pokazują, że większość warszawiaków zaakceptowała fakt istnienia w naszym miejskim krajobrazie zamkniętych osiedli i apartamentowców.
Skąd to grodzenie się wzięło?
M.L.: Ze Stanów Zjednoczonych. Zaczęło się od enklaw w USA dla ludzi starych. W latach 60. powstawały w Kalifornii całe obmurowane miasteczka ze wszystkimi usługami, przystosowane do potrzeb ludzi nie w pełni sprawnych, którzy potrzebowali odgrodzenia od zgiełku i niebezpiecznego świata. Na szeroką skalę zaczęło się to rozwijać w latach 80. Wtedy powstają osiedla zamknięte ze względu na bezpieczeństwo, ze względu na styl życia - na przykład dla miłośników gry w golfa - oraz czysto prestiżowe. W Polsce mamy głównie do czynienia z tymi pierwszymi - nastawionymi na bezpieczeństwo.
Angielska Wikipedia podaje, że "gated communnities" występują głównie w USA, Ameryce Południowej, Afryce, Chinach. Natomiast w Europie szczególnie dużo jest ich w Polsce.
M.L.: Przede wszystkim szczególnie dużo jest ich w Warszawie. W innych naszych miastach są mniej popularne, choć występują. W Skandynawii nie ma ich w ogóle. W Niemczech bardzo mało. Są za to w Wielkiej Brytanii, pojawiają się w Holandii. Są w Rosji - tu pojawiają się też typowe osiedla prestiżu. Niektórzy tłumaczą to tym, że potrzeba własności, tłumiona przez lata komunizmu, realizuje się teraz w przesadzonej formie. Ale kiedy nasi studenci organizowali spotkania na ten temat dla studentów ze Słowenii i Estonii, dla nich była to rzecz nowa. W Czechach osiedli grodzonych chyba też nie ma, podobnie w byłym NRD.
A w Warszawie mamy już 400.
M.L.: Polska w większym stopniu naśladuje wzory amerykańskie niż na przykład zachodnioeuropejskie. Do nas przyjeżdżają geo-grafowie i urbaniści z Niemiec, żeby studiować zjawisko osiedli zamkniętych. Kiedy proszą nas o wypowiedź na ten temat, to muszę przyznać, że często czuję się w obowiązku jakoś nas usprawiedliwiać, tłumaczyć, że jest to sposób odreagowywania czasów, gdy wszystko było wspólne, czyli niczyje, i gdy nie mieliśmy wpływu na to, gdzie i jak mieszkamy.
A oni jak to widzą?
M.L.: Jako czystą formę segregacji społecznej.
I mają rację?
M.L.: Niestety, tak.
K.Z.: Ludzie z osiedli strzeżonych to w pewnym sensie miejska elita. Zarabiają lepiej niż przeciętna, mają wyższy status społeczny. Za murem pozostają ci, których jeszcze na takie mieszkania nie stać. Może to powodować wzajemne antagonizmy. Z psychologii wiadomo, że wystarczy dowolny podział, według jakiegokolwiek kryterium. Wystarczy nazwać jednych ludzi grupą A, a drugich grupą B, żeby pojawiła się wzajemna niechęć - podnoszenie wartości własnej grupy i deprecjonowanie drugiej. Takim naturalnym kryterium podziału na "my" i "oni" jest oczywiście płot lub strażnik broniący dostępu osobom obcym.
Dlaczego Polacy tak zapamiętale się grodzą?
K.Z.: Pierwszym powodem, który podają w ankietach, jest bezpieczeństwo.
Znajoma mówi: "Chcielibyśmy się przeprowadzić na osiedle strzeżone. Ale wiesz, my tylko z powodu bezpieczeństwa". Ona mieszka w kamienicy na Starym Mokotowie. Pytam: czy ktoś was okradł? Odpowiada, że nie.
M.L.: Ale może okraść.
W Warszawie przestępczość maleje, a płotów i murów przybywa. Czego się tak strasznie boimy?
M.L.: Nie ma związku między obiektywnym poziomem bezpieczeństwa a jego subiektywnym odczuciem. To potwierdzają badania zarówno polskie, jak i amerykańskie. Bezpieczeństwo może pojawiać się na pierwszym miejscu jako powód grodzenia, niezależnie od tego, jak bardzo bezpieczna jest okolica. Brak poczucia bezpieczeństwa wpisuje się w charakterystyczny dla Polaków brak zaufania do nieznanych sobie osób. Europejskie sondaże pokazują, że Polacy plasują się najniżej w całej Europie, jeśli chodzi o poziom zaufania do ludzi w ogóle. A - jak z kolei pokazują nasze badania - to właśnie brak zaufania jest najlepszym wyznacznikiem stosunku do grodzenia. Ci, którzy zasadniczo ufają ludziom, są przeciwni grodzeniu i woleliby mieszkać na przestrzeni otwartej.
K.Z.: Drugim podawanym motywem jest estetyka. Osiedla zamknięte są bardziej zadbane, a klatki czystsze. Trudno się zresztą dziwić temu, że ludzie chcą mieszkać schludnie.
Natomiast na trzecim miejscu w naszych ankietach pojawia się potrzeba prywatności. W Polsce zaczyna ona graniczyć z obsesją. Znikły tabliczki z nazwiskiem na drzwiach. Nie wiemy, jak się nazywamy. Kiedy stoję pod klatką koleżanki i zdarzy się, że zapomnę numeru drzwi, muszę dzwonić do niej na komórkę.
We Francji, podając adres domowy, nie podaje się numeru mieszkania, bo wiadomo, że listonosz czy gość zawsze znajdzie nazwisko na domofonie. U nas najlepiej sprzedają się domofony bez wizytowników.
K.Z.: Polacy masowo, kiedy to tylko stało się możliwe, wycofali swoje nazwiska z list lokatorów i z książek telefonicznych.
Umieściłam takie pytanie w ankiecie: czy znajomi, którzy mnie odwiedzają, powinni mieć obowiązek legitymowania się w portierni? Wiele głosów było za. Znam osiedla, na których trzeba pokazać portierowi dowód tożsamości. I znam osoby, które nie lubią odwiedzać swoich znajomych, bo to uciążliwe.
Ja przez kilka lat mieszkałam na warszawskich Stawkach. W latach 70. osiedle to uchodziło za elitarne. Było otwarte i nikomu to nie przeszkadzało do czasu, gdy w połowie lat 90. obok zaczęły wyrastać znacznie bardziej elitarne Osiedle Prezydenckie i Babka Tower. Wtedy zaczęto zbierać podpisy pod wnioskiem o ogrodzenie naszych wieżowców. Sąsiadka przekonywała: "Chyba pani nie chce, żeby ktoś obcy przechodził sobie przez nasze podwórko".
M.L.: Pytanie tylko, kim jest ten obcy. Ludzie na nowych osiedlach i tak mało się znają. Duża grupa to osoby, które wynajmują mieszkania. I ciągle się zmieniają.
K.Z.: Widok obcej osoby nie dziwi, bo nie wiadomo, czy to gosposia, niania, mama sąsiada, a może i sam sąsiad, przecież tak naprawdę nie znamy się z sąsiadami. Ludzie coraz rzadziej mówią sobie dzień dobry. Jeden ze znajomych opowiadał, że powiedział kiedyś dzień dobry sąsiadce, którą często mija, a ona się wystraszyła.
Bezpieczeństwo to słowo fetysz?
M.L.: W pewnym sensie fetysz.
K.Z.: Poza tym łatwiej jest powiedzieć, że zależy mi na bezpieczeństwie, niż że chodzi o snobizm.
A chodzi trochę o snobizm?
K.Z.: Względy prestiżowe są przez naszych badanych wymieniane na jednym z ostatnich miejsc. Ale z pewnością mieszkanie w strzeżonym osiedlu lub apartamentowcu to tak zwany dobry adres - znak, że nam się w życiu powiodło. O wyjątkowości adresu mają też świadczyć choćby nazwy: Zielone Zacisze, Leśna Polana, Brzozowy Zagajnik, Bukowy Dworek, Osiedle Zeusa, Lazurowa Dolina, Zielone Mieszkanko II, Słoneczny Stok. Deweloperzy kreują modę na domy szczęśliwych ludzi.
Kto więc tam mieszka?
M.L.: Z naszych badań wynika, że są to na ogół osoby młode (średnia wieku około 35 lat) i dobrze wykształcone. 41 proc. badanych przez nas osób miało w domu więcej niż 200 książek. Byli też bardziej aktywni społecznie - tylko 12 proc. nie uczestniczyło w żadnej formie aktywności niezawodowej.
Zdecydowanie odbiegają od przeciętnej krajowej pod względem przekonań politycznych i obyczajowych: 62 proc. głosowało na Platformę Obywatelską, 39,6 proc. uznało, że w stosunkach homoseksualnych nie ma nic niewłaściwego, 67,5 proc. to czytelnicy "Gazety Wyborczej" i tylko 4,1 proc. "Naszego Dziennika".
Prawdopodobnie traktują mieszkanie na tego typu osiedlach jako adres tymczasowy - docelowym będzie dopiero własny domek. Pracują lub studiują całymi dniami, wracają do domu późnym wieczorem, chcą mieć gwarancję, że mieszkanie jest bezpieczne, że nikt nieproszony ich nie będzie nawiedzał.
K.Z.: Trzeba też pamiętać, że mieszkania w osiedlach strzeżonych mają wyższy standard. Jeśli ktoś, kogo na to stać, chce mieszkać nowocześnie, bez dziurawych rur, z miejscem do zaparkowania samochodu, to nie ma wyboru. Innych domów się u nas nie buduje.
Deweloperzy tłumaczą się, że budują osiedla zamknięte, bo wszyscy chcą zamkniętych.
K.Z.: Na targach mieszkaniowych pytałam ludzi, na jakim osiedlu woleliby mieszkać. Tylko połowa chciała mieszkać na osiedlu całkowicie zamkniętym. Ale jedna czwarta chciała w zamykanym na noc. Więc generalnie większość jest za. I oferty są przygotowywane pod kątem tej większości. Poza tym nasze badania pokazują, że ludzie, którzy już tam zamieszkali, są z tego zadowoleni. Gdyby mieli się przeprowadzić, to też na osiedle zamknięte.
Zwolennicy grodzenia mówią, że ono zawsze miało miejsce.
M.L.: Owszem, przed wojną w szanujących się kamienicach był stróż, który otwierał bramę. Ale to nie jest to samo. Czym innym jest zamknięcie podwórka, które i tak jest zamknięte architektonicznie, czy ogrodu, a co innego, gdy zamyka się przestrzeń, która jest taka sama jak ta, która zostaje na zewnątrz.
O ile naturalne jest zamykanie przestrzeni prywatnej czy półprywatnej, jak podwórko, o tyle nie jest naturalne zamykanie przestrzeni półpublicznej. Ona co prawda należy do jakiejś wspólnoty, na przykład spółdzielni, ale korzystają z niej inni, bo na jej terenie znajduje się sklep, krawiec czy warsztat samochodowy. Nie przekonuje mnie tłumaczenie, że to czyjaś własność. Jeżeli widzę płotek wokół willi czy wiejskiej chatki, zamknięte podwórko miejskiej kamienicy - to jest widok naturalny, ale gdy płot ogradza pięć domów albo kilkanaście bloków, to już nie jest.
K.Z.: Charakter i urodę miasta tworzą place, rynki, skwery, zaułki, do których można zajrzeć, zwiedzając miasto, czyli tak zwana przestrzeń publiczna. Tylko że jeżeli zawłaszczymy sobie przestrzeń półpubliczną, to publiczna przestaje być nam potrzebna. Zostaje sprowadzona do roli korytarzy doprowadzających nas do naszych twierdz.
M.L.: W Los Angeles, w Beverly Hills, w części, gdzie mieszkają najbogatsi, nie ma nawet chodników, jest zakaz fotografowania i zakaz zatrzymywania samochodu. Jest jedno miejsce, gdzie można zatrzymać samochód, ale tak usytuowane, że nic z niego nie widać. Jeśli trafi się jakiś zabłąkany przechodzień, to podjeżdża do niego policjant i pyta, czy mu nie pomóc.
Znam takie miejscowości pod Warszawą. Składają się z ogrodzonych obiektów i zaniedbanej jezdni pomiędzy murami. Znajomi mieszkają na osiedlu, które reklamuje się bliskością Lasu Kabackiego. Problem w tym, że do lasu, który jest oddalony zaledwie o 400 metrów, trudno przejść piechotą, bo brakuje chodnika.
K.Z.: Funkcje przestrzeni publicznej przejmują centra handlowe. Tam są rzeźby, place zabaw, fontanny i tam się teraz chodzi na spacery.
M.L.: Warto też zwrócić uwagę, że atrakcyjność miasta, również dla inwestorów, zależy od tego, jak dobrą ma przestrzeń publiczną. A więc czy w mieście są miejsca, gdzie mogą się spotkać nieznane sobie osoby. Takie miejsca przyciągają klasę twórczą, jak mówi amerykański teoretyk miasta Richard Florida, a więc osoby, które będą decydować o rozwoju tego miasta. Krakowski Rynek został uznany za najlepszą przestrzeń publiczną na świecie. Może dlatego w Krakowie osiedli zamkniętych jest jak na lekarstwo. Podobnie w Pradze. A w Warszawie, zamiast się zastanowić, jak tę przestrzeń stworzyć - bo jej właściwie nie ma - wykrawamy jej kolejne kawałki i otaczamy płotem.
Czy osiedla strzeżone rzeczywiście są bezpieczniejsze?
M.L.: Jednak trochę tak.
K.Z.: Tylko że to nie musi być zasługa grodzenia.
M.L.: Z drugiej strony anonimowość, jaka się z nim wiąże, skutecznie to bezpieczeństwo obniża.
Prasa opisywała przypadek, kiedy to z pewnego mieszkania złodzieje wywieźli komuś wszystkie meble pod pretekstem przeprowadzki. W starej kamienicy to by nie było możliwe, sąsiedzi wiedzą, kto się przeprowadza. I to sąsiedzi są najlepszą ochroną pani mieszkania.
Ciekawym rysem naszych strzeżonych osiedli jest zanik indywidualnego poczucia odpowiedzialności za to, jak mieszkamy. Ludzie coraz częściej przenoszą tę odpowiedzialność na ochronę, rozmaite wynajęte firmy, administrację. Jeżeli ktoś niepowołany wejdzie do mojego domu, to wina ochrony. Jeżeli klatka schodowa nie jest nazbyt czysta, to wina firmy sprzątającej. Ja tylko płacę i wymagam.
Zresztą w tych osiedlach trudno jest mieć indywidualną inicjatywę - niech pani spróbuje na własną rękę posadzić kwiatki pod domem!
K.Z.: Nie ma nic złego w tym, że ludzie chcą mieszkać bezpiecznie i prestiżowo. Chodzi o to, że to wszystko można osiągnąć inaczej.
Jak?
K.Z.: W Holandii od pięciu lat buduje się osiedla według projektu secure by design, czyli bezpieczeństwo poprzez projekt. Przestrzeń jest dobrze oświetlona, zwłaszcza śmietniki, klatka schodowa przeszklona. Bryła budynku jest prosta, bez niepotrzebnych zaułków, załamań. Z każdego okna jest widok na optymalnie duży teren. Zamiast muru ostrokrzew, kwietnik. W tej przestrzeni jest coś takiego, że jak nie mam powodu, to nie wchodzę. Przysłowiowy menel nie będzie tam się czuł komfortowo.
Pierwsze takie osiedle u nas powstało w Siechnicach pod Wrocławiem. Drugie podobne powstaje w Szczecinie. Projektanci postawili na wzrost wzajemnego zaufania, na integrację mieszkańców, między innymi poprzez organizację osiedlowych imprez. Jest system kamer, dzięki którym każdy może w telewizji osiedlowej popatrzeć, co się dzieje w pobliżu.
Za kamerami panie są?
K.Z.: One działają. Tam, gdzie wiadomo, że są, chuligaństwo się zmniejsza. To efekt psychologiczny.
Mam wrażenie, że grodzenie wiąże się też ze sporą niewygodą. Te wszechobecne karty zbliżeniowe, kody, goście pałętający się w poszukiwaniu jakiejś bramy z domofonem, uzgadnianie wszystkiego ze strażnikami, trąbiące pod oknami samochody, które domagają się otwarcia szlabanu, bo chcą np. dostać się do magla za murami.
M.L.: A zamknięte na klucz bramy z napisem droga pożarowa?
K.Z.: Warto pomyśleć, jaka cenę płacimy za to bezpieczeństwo, które i tak jest fikcją, bo jak widać, pod pretekstem skorzystania z magla i tak wjeżdża każdy, kto chce.
Czy mury runą?
M.L.: Na razie się na to nie zanosi. Czytałam wprawdzie reklamę nowego budynku czy też zespołu budynków, chyba na warszawskiej Woli, której istotnym elementem było to, że nie będzie zamknięty. Może zatem stopniowo pojawi się nowe zjawisko: snobizm na otwarcie. Ale na razie, przynajmniej w Warszawie, to chyba niestety tylko margines. Grodzeń jest na świecie coraz więcej... Michael Moore wyśmiał to w filmie "Zabawy z bronią", który opowiada o tym, jak boją się Amerykanie. Moore porównuje ich z Kanadyjczykami, którzy w ogóle nie zamykają domów na klucz. Nawet jeśli zostaną okradzeni, to nadal nie uważają za potrzebne się zamykać.
W Polsce mało jest osób, które świadomie rezygnują z osiedla strzeżonego. Takich jak mój znajomy, który przeniósł się z warszawskich Kabat na Powiśle i jest z tego bardzo zadowolony. Mówi: Wyniosłem się z tej Kabaciarni. Wreszcie mieszkam w normalnym domu, gdzie starsza pani podlewa kwiatki na klatce schodowej i gdzie mam na dole pijaka.
Ja z kolei walczę o to, żeby nie dopuścić do zamknięcia mojego osiedla, które zresztą znajduje się w centrum miasta, więc zdecydowanie nie należy go ogradzać płotem. Jest strzeżone, ale niezamknięte.
Kiedy się już zabezpieczymy, zawsze może pojawić się pokusa, żeby zabezpieczyć się jeszcze bardziej.
M.L.: Gdyby pani jeszcze raz zapytała, co mnie najbardziej uderza w osiedlach zamkniętych, to powiedziałabym, że bezrefleksyjność ludzkich decyzji o tym, czy płot jest nam naprawdę potrzebny. Większość ludzi rozumuje według schematu: oni się już zamknęli, to my też musimy.
Warszawiacy nie lubią swojego miasta, w każdym razie - jak wynika z naszych badań - lubią je mniej, niż lubią swoje miasto poznaniacy, wrocławianie czy krakowianie... Ale robią wszystko, żeby to miasto było jeszcze brzydsze i jeszcze mniej się dawało lubić.
Myślę, że najwyższy czas zacząć ogólniejszą dyskusję na ten temat. I zacząć kreować modę na alternatywne sposoby zapewniania bezpieczeństwa. Wzorem mogą być rozwiązania europejskie - trzeba je jednak ludziom pokazać.
K.Z.: Najciekawsze jest to, że poczucie bezpieczeństwa osób żyjących w osiedlach strzeżonych paradoksalnie coraz bardziej się obniża. Przemykamy ze strzeżonego parkingu przy domu do takiego samego w pracy, hipermarkecie. Tu strażnicy, tu kamera, tam szlaban, karta - na każdym kroku coś mi przypomina, że trzeba uważać.
Tworzy się kultura strachu. Im bardziej się zamykamy, tym bardziej boimy się ludzi.
Źródło: Duży Format
Honi soit qui mal y pense...
Chemia teraz doszła do wspaniałych wyników. Robią wiewiórki z aminokwasów. Kir Bułyczow
Gdzieś tam może i jest prawda, ale kłamstwa tkwią w naszych głowach. Terry Pratchett
Darmowy ser znajduje się tylko w pułapkach na myszy. Kir Bułyczow
Gdzieś tam może i jest prawda, ale kłamstwa tkwią w naszych głowach. Terry Pratchett
Darmowy ser znajduje się tylko w pułapkach na myszy. Kir Bułyczow
Długi, ale ciekawy tekst. nie rozumiem jednak jednego aspektu: czy dla poprawy bezpieczeństwa trzeba grodzić całe osiedle i ograniczać przestrzeń miejską? Przecież równie dobrze może być portier na klatce schodowej, który przy okazji "obcego" na klatce pytałby osobę, do której ponoć przyszedł, czy go wpuścić dalej? 
S4 | R8 | R90 | RE8 | RE90 || 10 | 11 || 105 | 136 | 167 | 178 | 184 | 186 | 414 | 523 | N43
- MeWa
- Cukiereczek
- Posty: 24727
- Rejestracja: 14 gru 2005, 21:34
- Lokalizacja: Czachówek Centralny Południowo-Środkowy
Może to też psychologiczna zależność, ale grodzony teren łatwiej utrzymać, widać, że to "moje", natomiast w przypadku otwartej przestrzeni jest "niczyje" i ktoś może kosz zdemolować, zniszczyć latarnię itp. ...
STACJA METRA "RATUSZ" POWINNA NAZYWAĆ SIĘ "PLAC BANKOWY"
[size=0]M-1 1 7 9 14 15 182 208 523[/size]
[size=0]M-1 1 7 9 14 15 182 208 523[/size]
- Bastian
- Sułtan Maroka
- Posty: 36246
- Rejestracja: 13 gru 2005, 14:08
- Lokalizacja: Gdzieś tam na północy...
Z drugiej strony mamy tu do czynienia z "mojością" w korzystaniu, ale z "ichniością" w utrzymywaniu
fragment o tym, że wszystkie czynności "porządkowe" są automatycznie zwalane na ochronę, serwis itp.
Honi soit qui mal y pense...
Chemia teraz doszła do wspaniałych wyników. Robią wiewiórki z aminokwasów. Kir Bułyczow
Gdzieś tam może i jest prawda, ale kłamstwa tkwią w naszych głowach. Terry Pratchett
Darmowy ser znajduje się tylko w pułapkach na myszy. Kir Bułyczow
Gdzieś tam może i jest prawda, ale kłamstwa tkwią w naszych głowach. Terry Pratchett
Darmowy ser znajduje się tylko w pułapkach na myszy. Kir Bułyczow