: 01 sie 2007, 12:00
Sprawa wydaje się ewidentnaWieści Podwarszawskie pisze:Zgubił go papieros
22 lipca w pociągu relacji Warszawa Wileńska - Małkinia, oznaczonym w kolejowej nomenklaturze numerem 7935 doszło do tragicznego w skutkach wydarzenia. Z jednostki wjeżdżającej w perony stacji Jasienica wypadł 29-letni mężczyzna. Na skutek silnego uderzenia o betonowe podłoże, doznał rozległych urazów głowy. Po wielominutowej reanimacji, w stanie krytycznym został przewieziony do wołomińskiego szpitala. Stąd, po konsultacji lekarskiej, odtransportowano go helikopterem do warszawskiego szpitala. Po północy Zbigniew P. zmarł nie odzyskawszy przytomności. Według relacji kilku świadków zdarzenia sam nie wypadł, dlatego też Prokuratura Rejonowa w Wołominie wszczęła śledztwo także w tym kierunku.
Jeszcze przed przybyciem karetki pogotowia, wokół poszkodowanego zgromadziła się duża grupa gapiów i podróżujących pociągiem, którzy sugerowali, że to nie był nieszczęśliwy wypadek. Już w trakcie reanimacji dochodziło do słownych potyczek z pracownikami Straży Ochrony Kolei, których młodzi ludzie podejrzewali o udział w nieszczęśliwym zajściu. Nim zjawił się policyjny radiowóz, pośród pasażerów pociągu znalazły się dwie osoby, chcące zeznawać jako świadkowie. Jedną z nich był kolega Zbigniewa P., który wspólnie z nim podróżował.
Prokurator
- Ze wstępnych zeznań funkcjonariuszy SOK wynika, że poszkodowanego chwilę przed zdarzeniem chciano wylegitymować. Zbigniew P. palił papierosa w jadącym jeszcze pociągu. "Sokiści" twierdzą, że był pod wpływem alkoholu. Mimo podjętych czynności, zdarzenie skończyło się polubownie. Nie doszło do interwencji, czy użycia siły - informuje lakonicznie prokurator prowadzący sprawę. Zebrane dokumenty zna pobieżnie, gdyż sprawa trafiła do niego niedawno.
- Samo nieszczęśliwe zdarzenie było dalszą kwestią, której na tym etapie śledztwa nie chciałbym omawiać, będzie ono wnikliwie badane. Póki co śledztwo prowadzone jest dwutorowo: w sprawie nieszczęśliwego wypadku oraz wypchnięcia z jadącego pociągu. Pojawili się świadkowie twierdzący, że zmarły został wypchnięty przez jednego z funkcjonariuszy Straży Ochrony Kolei. Na chwilę obecną tezę tę zgłosiło dwóch świadków, którzy zostali przesłuchani przez policjantów komisariatu w Tłuszczu. Z tego co mi wiadomo, pojawiają się kolejni. Zakończyło się także wstępne przesłuchanie funkcjonariuszy SOK, żaden z nich nie potwierdził głoszonej opinii. Stanowczo zaprzeczali, jakoby doszło do przypychanki czy utarczki słownej. To dopiero początek śledztwa i więcej o sprawie powiedzieć nie mogę - twierdził prokurator.
Rzecznik SOK
- Dyżurny stacji Tłuszcz poinformował dyżurnego SOK, że na przystanku osobowym w Jasienicy Mazowieckiej, podczas hamowania pociągu, doszło do nieszczęśliwego wypadku. Wskutek samoczynnego otworzenia się drzwi w jednostce, na peron wypadł 29-letni mężczyzna. Po wstępnej reanimacji dokonywanej przez funkcjonariuszy SOK, przybyciu pogotowia ratunkowego, poszkodowanego zabrano do wołomińskiego szpitala - napisano w notatce sporządzonej przez "przodownika patrolu", którą odczytała zaskoczona nieco sprawą, rzecznik Straży Ochrony Kolei.
Nie byłoby błędem stwierdzenie, że o wszystkim dowiedziała się od nas. Jej wiedza o niedzielnych wydarzeniach nieco wzrosła następnego dnia, kiedy to przedstawiła nam sprawę znacznie szerzej.
- W trakcie jazdy pociągu, tuż przed stacją Jasienica, dwaj funkcjonariusze zauważyli młodego mężczyznę próbującego palić papierosa. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest pod wpływem alkoholu. Nie zachowywał się agresywnie, ale nie chciał okazać dokumentów. W trakcie dyskusji z nim, z przedziału wyszedł inny młody człowiek (kolega), okazał się dokumentami i poinformował funkcjonariuszy SOK, że się nim zaopiekuje, że zaraz wysiadają. W tym czasie pociąg wjeżdżał w perony stacji, zaczął ostro hamować. Uszkodzone drzwi dotychczas zamknięte, przesunęły się otwierając. Oparty o nie poszkodowany, wypadł na zewnątrz, uderzając głową o beton. Ciało mężczyzny było ciągnięte jeszcze kilka metrów po peronie. Natychmiast po zatrzymaniu jednostki, nasi funkcjonariusze podbiegli do poszkodowanego udzielając pomocy - wyjaśnia rzecznik.
W kilka sekund później uzupełnia nieoczekiwanie relację, takim oto stwierdzeniem.
- W tym samym momencie (gdy nasi pracownicy próbowali ratować poszkodowanego) ów kolega krzyczał do leżącego na peronie, by ten opowiadał, że został wypchnięty przez funkcjonariusza SOK - informowała rzecznik służby odpowiedzialnej między innymi za porządek i ład w pociągach.
Kończąc krótki wywód zapewniła, że nie ma żadnej informacji na temat, czy poszkodowany w chwili urazu był przytomny. Jest natomiast pewna, że pracownicy jej firmy jako pierwsi udzielali pomocy.
- Po przyjeździe karetki, dwuosobowy patrol SOK został zabrany przez policjantów do siedziby komisariatu. Tam też został poddany próbie na obecność alkoholu (0 promila) i złożył zeznania na temat nieszczęśliwego wypadnięcia z jednostki - mówiła krótko urywając dyskusję. O innym wątku prokuratorskiego śledztwa nic nie słyszała.
Peronowy świadek
- Prawdą jest, że jeszcze przed przybyciem na miejsce policji, wyraźnie dało się słyszeć wrogie okrzyki wobec stojących trzech funkcjonariuszy SOK. Gapie i podróżujący tym samym pociągiem obwiniali jednego z nich o udział w nieszczęściu. W miarę upływającego czasu, nawet mimo stojącego patrolu policji, nastawienie kilkudziesięciu osób będących na peronie stawało się coraz bardziej agresywne. "Mundurek za mundurek" krzyczano w chwili, gdy sokistów zabierał radiowóz. Nie można mówić o próbie linczu, ale o zachowaniach, które w każdej chwili mogły wymknąć się spod kontroli - opowiada jedna z osób stojących przypadkowo na peronie.
- Były krzyki, przekleństwa, wyzwiska, obarczanie winą. Wydaje się, że decyzja zabrania do radiowozu "tych trzech" była dobra. Rozładowała napięcie - dodaje uczestnik popołudniowych zajść na stacji. Świadek, który na peron dotarł kilka minut po tym jak Zbigniew P. uderzył głową. Nie widział samego zajścia, ale to co działo się po nim.
Została tylko książeczka
- To była niedziela. Dzień, w którym mamy czas na kościół, odpoczynek, wykonanie drobnych prac, na które nie ma go w tygodniu. Młodszy syn wstał rano, pokręcił się po mieszkaniu i stwierdził, że chce jechać z kolegą do Wołomina na zakupy. Gdzieś koło godziny 10 poszedł na pociąg - relacjonuje matka Zbigniewa, ubrana w żałobną czarną suknię.
W trzęsących się rękach dzierży starą książeczkę zdrowia syna (jakby ta była jeszcze czemuś przydatna) otwiera ją i przygląda się zdjęciu. - Tyle mi po nim zostało, tyle! Nawet mi dowód jego zabrali - mówi powstrzymując łamiący się głos.
- Siedem lat pracował jako monter w zakładzie w Wyszkowie. Stracił pracę, nie mógł znaleźć stałego zajęcia. Zawsze mi jednak pomagał. Połowę zarobków, dawał na utrzymanie. Mówił, mamusiu, kto ci pomoże jak nie ja? Starszy brat ma rodzinę, ja mam ciebie - opowiada z trudem wstrzymując napływające do oczu łzy. - Kto mi teraz pomoże - pyta? - Kto?
Zmarły miał 185 cm wzrostu, był postawny i przystojny. Kawał chłopa, z jasną czupryną. Na dzień przed śmiercią poszedł do fryzjera, w niedzielę kupił nowe ciuchy.
- Wygląda na to, że wszystko to kupował do trumny. W sobotę rano (w dniu pogrzebu), koledzy z domu przenieśli na ramionach trumnę do pobliskiego kościoła. Zrobili to dla niego, chcieli być z nim jak najdłużej - mówi matka.
Ostatnie spojrzenie
- Wychodziłam do kościoła na 9 i wtedy widziałam go ostatni raz. Po powrocie ugotowałam obiad i czekałam na niego. Nie wracał. Gdzieś koło 13 do mieszkania wpadł kolega, ten z którym pojechał. Krzycząc, że Zbyszek nie żyje. Natychmiast pojechałam na stację. Syn leżał przy słupie. Nie widziałam go dobrze, było bardzo dużo ludzi, którzy nie dopuszczali mnie do dziecka. Było głośno, słyszałam krzyki, wyzwiska, nie wiedziałam, co mam robić. Pchać się do niego, czy odejść. Przerażała mnie myśl, jaki obraz zobaczę? Przy mnie reanimowali go 15 minut. Ktoś powiedział - stan bardzo ciężki i nie wiadomo, czy przeżyje. Doznał ciężkich obrażeń czaszkowo - mózgowych. Pojawiły się zaburzenia pracy układu krążenia i kłopoty z oddechem. Wsadzili go do karetki i kazali jechać za sobą - opowiada matka Zbyszka, przeżywając te mroczne chwile ponownie.
- Nim przyjechaliśmy do szpitala w Wołominie, już lądował helikopter. Nie myślałam, że to po moje dziecko. Zapytałam kogoś z obsługi, jaki jest stan syna i usłyszałam, że beznadziejny i dlatego zabierają go do Warszawy. Tam w szpitalu na Bródnie już nie dopuszczono mnie do syna, nie pokazano. Jedyną informacją, jaką dostałam była ta, że stan jest krytyczny, minimalne szanse na przeżycie. Do końca chciał żyć, serce pracowało długo, ale głowa była potwornie roztrzaskana. Za pięć pierwsza w nocy zmarł - opowiada matka, nerwowo przecierając oczy. Nie płacze, najprawdopodobniej jest pod działaniem silnych proszków uspakajających, jakby wyciszona, spokojna i opanowana.
Inna relacja
- Po drobnych zakupach na wołomińskim bazarku, chłopaki wypili po jednym piwie. (świadek, po zbadaniu miał 0,3 promila). Obaj wsiedli do pociągu o godz.12.08. Ponoć tuż przed Jasienicą, syn wyciągnął papierosa, nie przypalając go, wsadził do ust. Zauważył to nadchodzący patrol SOK. Kazali mu się wylegitymować, ale on nie chciał okazać dokumentów twierdząc, że już wysiada, a poza tym nie pali. Widząc to kolega syna podszedł do "sokistów" i uspokoił Zbyszka. Wszyscy w tym czasie przesunęli się na pomost. Pociąg wjeżdżał w perony - relacjonuje wydarzenie opowiedziane przez kolegę syna. - Ponoć są świadkowie, którzy widzieli jak jeden z sokistów pchnął barkiem mojego syna mówiąc: "Skoro wysiadasz, to wysiadaj" - kontynuuje opowieść, zasłyszaną od bezpośredniego świadka zajścia w pociągu. W tym momencie przerywa na chwilę, nieco się uspokaja, by ponownie powrócić do wygłaszanego wątku.
- Nie chcę nikogo oskarżać. Wystarczy, że ja przeżywam osobistą tragedię. Pragnę jedynie wyjaśnienia przyczyn śmierci mojego syna. Chcę znać prawdę, choćby była ona najgorsza. Nie przekonują mnie opowiadania sokistów, nie bardzo wierzę, że mój syn był pijany. Chcę poznać całą prawdę - mówi donośnym głosem.
Na podwórzu
W trakcie naszego spotkania z rodziną tragicznie zmarłego Zbyszka na podwórzu posesji gromadził się coraz większy tłum ludzi. Byli to głównie sąsiedzi, znajomi i mieszkańcy wsi, którzy dowiedzieli się nie wiadomo skąd o naszej wizycie. Przyszli tu, by zaprotestować przeciwko beznadziejnej śmierci, a jednocześnie chcąc podkreślić, że takich osób, jak 29-letni Zbyszek jest jak na lekarstwo.
Określeń: wspaniały chłopak, grzeczny, ułożony, pracowity, pomagający wszystkim. Kilka osób nie kryjąc płaczu opowiadało, że traktowało go jak własnego syna powierzając pod opiekę dom i rodzinę. Zapewniano, że nikt we wsi nie powie o nim nic złego, choć z pewnością wszyscy go znają.
W trakcie dyskusji, wiele gorzkich zdań padło pod adresem pracowników Straży Ochrony Kolei. Choć nikt nie przesądzał o ich winie czy udziale w zajściu, o czym wciąż przypominała matka tragicznie zmarłego, to i tak pojawiło się dużo żalu i pretensji.
- Sokiści ganiają tylko dzieciaki. Chodzą po składzie tylko w biały dzień. Mają broń i pały, a mimo to nie podejdą do bandziorów, czy chlających wódę. Podejdą do takiego jak Zbyszek, wiedząc doskonale, że na nim mogą wywrzeć presję. To banda tchórzy, która zamiast karać za palenie papierosów, powinna szukać złodziei, pilnować porządku. W jadącym składzie stanowią prawo, czując się pewnie - mówili ludzie zebrani na podwórzu rodziny P. Co odważniejsi odgrażali się, że sprawy tak nie pozostawią.
W sobotę kilkadziesiąt minut po pogrzebie, grób z trumną młodego mężczyzny był szczelnie przykryty wieńcami i bukietami kwiatów. Wokół niego krzątało się kilka osób, pośród nich matka, dla której to przeżycie było najcięższe.
Marek Chrzanowski