No to w gruncie rzeczy mówimy dokładnie o tym samym - o indywidualnej decyzji. Ja - i prawie wszyscy użytkownicy dróg - takie decyzję podejmuję, świadomie łamię prawo, gdy np. uważam je za idiotyczne, ale zdaję sobie sprawę z konsekwencji. O tym pisałem. I jasne jest, że nie jestem przeciw ograniczeniom prędkości W OGÓLE, tylko zwyczajnie nie podchodzę do nich na zasadzie świętości, podobnie zresztą jak do owego czerwonego światła dla pieszych (dobry przykład).Bastian pisze:Oczywiście, że zdarza mi się łamać przepisy. Oczywiście, że mogę kwestionować ich zasadność. Ale to moja, że tak powiem, wewnętrzna dyskusja i nie zmienia ona mej świadomości ich łamania! Nie jest moim prawem decydowanie, że ten przepis mnie obowiązuje, a tamten nie. Jedyne, co mogę, to zdecydować się na złamanie któregoś. Ale czy to go unieważnia? Nie! Następnym razem też będzie mnie obowiązywał! I jego ewentualne złamanie będzie wymagało kolejnej, indywidualnej decyzji.
Powiedzmy tak: to, że czasem przejdę na czerwonym świetle, nie upoważnia mnie do twierdzenia, że czerwone światła nie mają sensu, że nie należy na nie zwracać uwagi albo że nie obowiązują! I nie mogę zakładać, że pokonanie 500 metrów z czterema sygnalizacjami po drodze zajmie mi pięć minut (nie biegnąc).
Co zaś tyczy się tego "spodziewanego czasu przejazdu" to też można to porównać do owych świateł - nie zakładasz, ile będziesz szedł do kiosku oddalonego o dwa przejścia dla pieszych, ale nie chciałbyś stać po 10 minut na każdym tylko dlatego, że sobie ktoś ubzdurał takie czasy zmiany i gdyby nic nie nadjeżdżało to byś przeszedł, czyż nie? To jest trochę przerysowana sytuacja, ale idea jest ta sama. Nie negujemy czerwonych świateł dla pieszych, nie negujemy ograniczeń prędkości, ale też nie traktujemy ich jak świętości i ze zdrowym rozsądkiem do nich podchodzimy, choćby czasem oznaczało to złamanie prawa.