Wiem, Marcinkiewiczowi. Wkurwionemu zresztą, że nie poszło tak, jak sobie wymyślił - bo przeceniasz rolę państwa, pakiet kontrolny jednej spółki paliwowej to nie boska władza.
Oj nie przeceniam tylko mówię jak wygląda sprawa realnie. Zarząd Orlenu odpowiedzialny przed skarbem państwa decydował o tym czy obniżyć ceny czy nie.
Z tego co pamiętam skarb ma kontrolę nad obydwiema spółkami - Orlen i Lotos.
A jeśli masz monopol na handel paliwem to masz pozycję wszechmogącego.
Jak sądzisz skąd paliwo bierze BP, Lukoil i Statoil? Oczywiście że z Orlenu - i nawet się z tym nie kryją...
Kto ma Orlen, kontroluje ceny paliwa w Polsce - a głos decydujący w radzie Orlenu należy do przedstawicieli skarbu państwa. Koło się zamyka.
Bezpośrednio - tak. Ale masz oczywiście rację, na rynek pracy wpływa wiele czynników, w dużej mierze zewnętrznych i od polityki państwa w dużej mierze niezależnych (np. kryzys. Ale nie rozumiem, czemu realny rozwój gospodarki (jeśli wzrost PKB nim nie jest, to co ma być?), a tym bardziej zmniejszanie się liczby bezrobotnych ma mieć wpływ na odczucia względem cen przeciętnego człowieka.
Jak by to w skrócie i mało zawile wytłumaczyć...
Zacznijmy od BEZROBOTNEGO:
Bezrobotny to problem dla gospodarki z kilku powodów.
01. Nie kupuje bo go nie stać - więc przedsiębiorca na nim nie zarobi, musi zarobić na mniejszej ilości klientów co oznacza konieczność podniesienia marży (co jak co ale pewną kwotę musisz zarobić zeby się utrzymać czy sprzedasz 100 chlebów taniej czy 40 drożej).
02. Bezrobotny podobnie jak pracownik budżetówki obciąża budżet państwa. Natomiast pieniądze do budżetu muszą płacić przedsiębiorcy.
Jeżeli masz dużo bezrobotnych to aby ich utrzymać musisz pobrać w postaci podatków więcej kasy od pracujących albo pieniądze pożyczyć.
Prowadzi to do sytuacji w której bardziej obciążasz przedsiębiorcę a przedsiębiorca musi dodatkowo podnieść marżę na swoje usługi żeby zapłacić wyższy podatek. I tak w kółko.
03. W gospodarce w której jest wysokie bezrobocie masz dużą podaż taniej siły roboczej (taniej z wiadomych względów), w efekcie dochodzi do patologii społecznych takich jak łamanie praw pracowników, mobbing, wykorzystywanie seksualne (pracownicy wiedzą że o pracę jest trudno i często boją się o jej utratę do tego stopnia że popadają w apatię i depresję - a do tego utrwala menty społeczne w przekonaniu że wszystko im wolno (z czym jako tradycjonalista się osobiście nie zgadzam, ale mniejsza o to).
Socjaliści - tym razem nie piszę tego złośliwie - krzyczą wówczas zazwyczaj o "drapieżności kapitalistów" ale paradoksalnie sami ten system wytwarzają i pogłębiają obciążając tak przedsiębiorców jak i aktywnych pracowników podatkami, ubezpieczeniami - których realna wartość jest zerowa - oraz wszelkiej maści innymi daninami na rzecz coraz większej rzeszy tzw. "wykluczonych". Kolejne błędne koło.
Oczywiście wszystko jest usprawiedliwione pięknymi słowami - "słaby się nie obroni" przed "kapitalistą", "musimy mu pomóc" jako społeczeńśtwo. Ale prawda jest taka że im więcej zabierasz pieniędzy w formie zobowiązań, "wyrównywania szans" itd. tym którzy pracują tym mniej tych pracujących jest na rynku a więcej ludzi "odpada" lub robi za minimalną krajową. I tutaj sytuacji nie poprawi w żadnym wypadku ani podnoszenie minimalnej krajowej - które jedyne co powoduje to wzrost inflacji - ani demagogia o podnoszeniu zabezpieczeń pracowniczych.
Pracownik zarabia znośnie, ma stabilną sytuację w pracy i jest doceniany tylko wówczas gdy wie że na rynku pracy bedzie pracodawcy ciężko o zamiennik (oczywiście pomijam tu kwestię atmosfery w pracy która pomimo że motywuje, w sytuacji dużego bezrobocia i niskich płac na długo pracownika nie utrzyma).
Druga sprawa: "czemu realny rozwój gospodarki (jeśli wzrost PKB nim nie jest, to co ma być?)".
PKB wbrew temu co piszą w mediach nie odzwierciedla prawdziwego rozwoju gospodarki ponieważ:
01. Wzrost PKB można napędzić kredytem - tzw. Keynesizm (recepta na kryzys "zadłużmy się, pożyczmy kasę a może kiedyś będzie lepiej") - wówczas oficjalnie możemy mówić że wszystko jest pięknie ale realnie nie rozwinęliśmy gospodarki, po prostu przełożyliśmy problem "na później". To jest ulubiona metoda rozwiązywania problemów w Europie - i efekty widzimy bardzo ładnie.
Co jest realnym rozwojem gospodarki?
Wzrost PKB po obniżeniu o inflację oraz odjęciu deficytu budżetowego i kosztów obsługi długu publicznego.
Jesli tak spojrzysz na sprawę to okaże się że Polska gospodarka nie tylko nie rozwinęła się w ciągu ostatniego roku ale wręcz skurczyła się o kwotę na jaką państwo Polskie się załużyło. Zgodnie ze słynnym "licznikiem długu publicznego" Polska gospodarka zadłuża się na 3000 PLN co sekundę - więc o tyle realnie biednieje nasze społeczeństwo a to bynjamniej nie oznacza rozwoju gospodarczego.
W zeszłym - tak. Ale zaraz po końcu roku wskaźniki gwałtownie podskoczyły, więc nie wiem, na jakiej podstawie zakładasz, że będzie gorzej? I dlaczego mają sobie odpisywać bardziej niż wcześniej? Wzrost nie był szokiem. Tylko w przypadku gwałtownego wzrostu ludzie czują się usprawiedliwieni w szukaniu metod na nie do końca uczciwe oszczędności (dlatego mocno obawiam się spadku przychodów z biletów ZTM w tym roku, ale zobaczymy, może ludzie pozytywnie mnie zaskoczą).
01. Wskaźniki nie są w żadnym wypadku miarą gospodarki. W Argentynie wskaźniki nie uprzedziły że rozegra się dramat, W Hiszpanii czy Grecji rządy socjalistów bardzo sprawnie - za pomocą "sztuczek" rozliczeniowych - oszukiwały wskaźniki gospodarcze i jak wiemy potem było jedno wielkie pytanie "jak Grecy mogli tak oszukać?".
Wskaźnik rozwoju jest dość prosty - im większe zatrudnienie w prywatnych sektorach gospodarki i im stabilniejsza polityka fiskalna - przede wszystkim brak deficytu - tym lepiej rozwijający się kraj.
02. Na początku roku to najwyżej prognozy mogły "skakać" - do grudnia wszystko jest pobożnym życzeniem bo koszty prowadzenia działalności gospodarczej oraz rozliczenia podatkowe kończą się w grudniu - więc do tego czasu nie będziesz znal realnych wpływów budżetowych. Jedyne co mogą oceniać to to ile kasy z akcyzy i Vatu wpłynęło - aczkolwiek i tu jest kruczek bo jak wspomniałem wyżej pozytywne wpływy z akcyzy bardzo często odbijają się na podarku dochodowym.
Więc jak wcześniej pisałem lepiej się z tym wstrzymać.
[ Dodano: |11 Wrz 2011|, 2011 02:59 ]
Wiem, Marcinkiewiczowi. Wkurwionemu zresztą, że nie poszło tak, jak sobie wymyślił - bo przeceniasz rolę państwa, pakiet kontrolny jednej spółki paliwowej to nie boska władza.
Oj nie przeceniam tylko mówię jak wygląda sprawa realnie. Zarząd Orlenu odpowiedzialny przed skarbem państwa decydował o tym czy obniżyć ceny czy nie.
Z tego co pamiętam skarb ma kontrolę nad obydwiema spółkami - Orlen i Lotos.
A jeśli masz monopol na handel paliwem to masz pozycję wszechmogącego.
Jak sądzisz skąd paliwo bierze BP, Lukoil i Statoil? Oczywiście że z Orlenu - i nawet się z tym nie kryją...
Kto ma Orlen, kontroluje ceny paliwa w Polsce - a głos decydujący w radzie Orlenu należy do przedstawicieli skarbu państwa. Koło się zamyka.
Bezpośrednio - tak. Ale masz oczywiście rację, na rynek pracy wpływa wiele czynników, w dużej mierze zewnętrznych i od polityki państwa w dużej mierze niezależnych (np. kryzys. Ale nie rozumiem, czemu realny rozwój gospodarki (jeśli wzrost PKB nim nie jest, to co ma być?), a tym bardziej zmniejszanie się liczby bezrobotnych ma mieć wpływ na odczucia względem cen przeciętnego człowieka.
Jak by to w skrócie i mało zawile wytłumaczyć...
Zacznijmy od BEZROBOTNEGO:
Bezrobotny to problem dla gospodarki z kilku powodów.
01. Nie kupuje bo go nie stać - więc przedsiębiorca na nim nie zarobi, musi zarobić na mniejszej ilości klientów co oznacza konieczność podniesienia marży (co jak co ale pewną kwotę musisz zarobić zeby się utrzymać czy sprzedasz 100 chlebów taniej czy 40 drożej).
02. Bezrobotny podobnie jak pracownik budżetówki obciąża budżet państwa. Natomiast pieniądze do budżetu muszą płacić przedsiębiorcy.
Jeżeli masz dużo bezrobotnych to aby ich utrzymać musisz pobrać w postaci podatków więcej kasy od pracujących albo pieniądze pożyczyć.
Prowadzi to do sytuacji w której bardziej obciążasz przedsiębiorcę a przedsiębiorca musi dodatkowo podnieść marżę na swoje usługi żeby zapłacić wyższy podatek. I tak w kółko.
03. W gospodarce w której jest wysokie bezrobocie masz dużą podaż taniej siły roboczej (taniej z wiadomych względów), w efekcie dochodzi do patologii społecznych takich jak łamanie praw pracowników, mobbing, wykorzystywanie seksualne (pracownicy wiedzą że o pracę jest trudno i często boją się o jej utratę do tego stopnia że popadają w apatię i depresję - a do tego utrwala menty społeczne w przekonaniu że wszystko im wolno (z jakim to nastawieniem jako tradycjonalista się osobiście nie zgadzam, ale mniejsza o to).
Socjaliści - tym razem nie piszę tego złośliwie - krzyczą wówczas zazwyczaj o "drapieżności kapitalistów" ale paradoksalnie sami ten stan rzeczy pogłębiają interwencjonizmem (który do niczego wbrew pozorom nie prowadzi) obciążając tak przedsiębiorców jak i aktywnych pracowników podatkami, ubezpieczeniami - których realna wartość jest zerowa - oraz wszelkiej maści innymi daninami na rzecz coraz większej rzeszy tzw. "wykluczonych" oraz aparatu administracyjnego pośredniczącego w "wyrównywaniu szans". Kolejne błędne koło.
Oczywiście wszystko jest usprawiedliwione pięknymi słowami - "słaby się nie obroni" przed "kapitalistą", "musimy mu pomóc" jako społeczeństwo. Ale prawda jest taka że im więcej zabierasz pieniędzy w formie zobowiązań, "wyrównywania szans" itd. tym którzy pracują tym mniej tych pracujących jest na rynku a więcej ludzi "odpada" lub robi za minimalną krajową. I tutaj sytuacji nie poprawi w żadnym wypadku ani podnoszenie minimalnej krajowej - które jedyne co powoduje to wzrost inflacji - ani demagogia o podnoszeniu zabezpieczeń pracowniczych.
Pracownik zarabia znośnie, ma stabilną sytuację w pracy i jest doceniany tylko wówczas gdy wie że na rynku pracy bedzie pracodawcy ciężko o zamiennik (oczywiście pomijam tu kwestię atmosfery w pracy która pomimo że motywuje, w sytuacji dużego bezrobocia i niskich płac na długo pracownika nie utrzyma).
Z góry przepraszam jeśli coś jest nie do końca wyjaśnione, ątki zagmatwane mogę postarać się rozwinąć innym razem - teraz jest późno a ja staram się pisać we w miarę czytelny i logiczny sposób.
Druga sprawa: "czemu realny rozwój gospodarki (jeśli wzrost PKB nim nie jest, to co ma być?)".
PKB wbrew temu co piszą w mediach nie odzwierciedla prawdziwego rozwoju gospodarki ponieważ:
01. Wzrost PKB można napędzić kredytem - tzw. Keynesizm (recepta na kryzys "zadłużmy się, pożyczmy kasę a może kiedyś będzie lepiej") - wówczas oficjalnie możemy mówić że wszystko jest pięknie ale realnie nie rozwinęliśmy gospodarki, po prostu przełożyliśmy problem "na później". To jest ulubiona metoda rozwiązywania problemów w Europie - i efekty widzimy bardzo ładnie.
Co jest realnym rozwojem gospodarki?
Wzrost PKB po obniżeniu o inflację oraz odjęciu deficytu budżetowego i kosztów obsługi długu publicznego.
Jesli tak spojrzysz na sprawę to okaże się że Polska gospodarka nie tylko nie rozwinęła się w ciągu ostatniego roku ale wręcz skurczyła się o kwotę na jaką państwo Polskie się załużyło. Zgodnie ze słynnym "licznikiem długu publicznego" Polska gospodarka zadłuża się na 3000 PLN co sekundę - więc o tyle realnie biednieje nasze społeczeństwo a to bynjamniej nie oznacza rozwoju gospodarczego.
W zeszłym - tak. Ale zaraz po końcu roku wskaźniki gwałtownie podskoczyły, więc nie wiem, na jakiej podstawie zakładasz, że będzie gorzej? I dlaczego mają sobie odpisywać bardziej niż wcześniej? Wzrost nie był szokiem. Tylko w przypadku gwałtownego wzrostu ludzie czują się usprawiedliwieni w szukaniu metod na nie do końca uczciwe oszczędności (dlatego mocno obawiam się spadku przychodów z biletów ZTM w tym roku, ale zobaczymy, może ludzie pozytywnie mnie zaskoczą).
01. Wskaźniki nie są w żadnym wypadku miarą gospodarki. W Argentynie wskaźniki nie uprzedziły że rozegra się dramat, W Hiszpanii czy Grecji rządy socjalistów bardzo sprawnie - za pomocą "sztuczek" rozliczeniowych - oszukiwały wskaźniki gospodarcze i jak wiemy potem było jedno wielkie pytanie "jak Grecy mogli tak oszukać?".
Wskaźnik rozwoju jest dość prosty - im większe zatrudnienie w prywatnych sektorach gospodarki i im stabilniejsza polityka fiskalna - przede wszystkim brak deficytu - tym lepiej rozwijający się kraj.
02. Na początku roku to najwyżej prognozy mogły "skakać" - do grudnia wszystko jest pobożnym życzeniem bo koszty prowadzenia działalności gospodarczej oraz rozliczenia podatkowe kończą się w grudniu - więc do tego czasu nie będziesz znal realnych wpływów budżetowych. Jedyne co mogą oceniać to to ile kasy z akcyzy i Vatu wpłynęło - aczkolwiek i tu jest kruczek bo jak wspomniałem wyżej pozytywne wpływy z akcyzy bardzo często odbijają się na podarku dochodowym.
Więc jak wcześniej pisałem lepiej się z tym wstrzymać.