
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,5032967.html5 zł za godzinę postoju na grodzonym osiedlu
Dariusz Bartoszewicz
2008-03-17, ostatnia aktualizacja 2008-03-17 21:48
Dwie pierwsze godziny parkowania na grodzonym osiedlu gratis, ale każda następna - już za 5 zł. Mają też płacić zameldowani. W ten sposób Marina Mokotów chce zaradzić brakowi miejsc postojowych
Selekcja wjeżdżających do prywatnego miasteczka otoczonego wałem i płotem odbywa się przy głównej bramie od strony ul. Racławickiej. Jednym pasem mieszkańcy (jest ich już kilka tysięcy), drugim goście, o czym informują tablice nad jezdnią ul. Warownej. Żeby wejść, wystarczy podać hasło, np.:"Idę do pizzerii Gaga". - W lewo, potem w prawo, prosto - kieruje ochroniarz w odblaskowej kurtce.
Przed Gagą czeka pan Marian (nazwisko do wiadomości redakcji), mieszkaniec Mariny Mokotów. - Nie podoba mi się, że Dom Development [firma zarządzająca osiedlem - red.] chce wprowadzić płatne parkowanie - złości się nasz czytelnik. Wyciąga z kieszeni wydrukowane już projekty uchwał, które wspólnota ma głosować na najbliższym zebraniu pod koniec marca. Projekt z parkomatami ma kosztować aż 240 tys. zł. To prawie 30 proc. całego budżetu Mariny przeznaczonego na remonty.
Walka o miejsce postojowe
Na wewnętrznych ulicach grodzonego osiedla panuje chaos. Wszędzie - nawet na przejściach dla pieszych, chodnikach i skrzyżowaniach - stoją samochody. O każdą lukę toczy się walka. W komfortowej sytuacji są właściciele miejsc w garażu podziemnym, za które płacili po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Gorzej mają ci, którzy wykupili tylko "zatokę parkingową równoległą do krawężnika za kilkanaście tysięcy złotych". Nie pomogło zamontowanie po środku prywatnej "koperty" - metalowych pachołków. Inni anektują ją sobie prawem kaduka - parkując na dziko i ukośnie. Wtedy mieszczą się nawet dwa samochody - mimo słupka po środku. Zrozpaczeni właściciele tak zajętego miejsca wzywają wtedy pomoc. Policjanci i strażnicy miejscy nie interweniują, bo całe zamieszanie odbywa się na prywatnych ulicach.
Żywioł próbują opanować ochroniarze Mariny Mokotów. Według pana Mariana przedstawiciele poprzedniej firmy (niedawno jej podziękowano) spuszczali nawet powietrze z kół. Nowa spółka Protektor stosuje bardziej cywilizowane metody. Na szybie samochodu-zawalidrogi przykleja dużą kartkę z informacją: "W tym miejscu nie można parkować". Dlatego niektóre auta z Mariny Mokotów mają okna zapaćkane klejem i resztkami papieru.
- Parkomaty na osiedlu to bzdura. Problem będzie dotyczył np. moich gości, którzy chcą mnie odwiedzić i będą zmuszeni płacić. A przecież kupując tutaj mieszkania, współfinansowaliśmy też budowę miejsc parkingowych dla gości w rejonie głównej bramy - przypomina pan Marian.
Tylko że tam rzadko kiedy jest luz. Część mieszkańców ma po dwa samochody i tylko jedno wykupione miejsce. Wtedy chcą porzucić drugie auto w granicach osiedlowych wałów i parkanów.
Parkomat zmniejszy dług
- Projekt parkowania na Marinie nie został należycie rozwiązany. Sprzedawanie miejsc na ulicy w pobliżu sklepów i punktów usługowych, montowanie tam jakiś zastawek to nietrafione pomysły. To blokuje dojazd osobom, które chcą coś kupić - zwraca uwagę Leszek Klajnert, architekt i mieszkaniec osiedla.
Anna Nowakowska, administrator Mariny Mokotów nie chciała rozmawiać z "Gazetą" przez telefon na temat pomysłu wprowadzenia opłat za parkowanie. W e-mailu wyjaśniała, że parkomaty to na razie pomysł, który musi rozpatrzeć wspólnota mieszkańców. Nie wyklucza, że przedstawią inne rozwiązania, których na razie jednak brak. Zarządca Mariny dodaje, że wpływy z parkowania poratowałyby budżet wspólnoty, który teraz jest obarczony bardzo dużym zadłużeniem.
Jedni i drudzy są nieźli
W każdym razie moja noga w tak kafkowsko-witkiewiczowskim miejscu nie postała i prędko nie postanie